prom

Droga na koniec świata

26. – 27. Marca

Czwartkowy poranek zaczynamy od wizyty w piekarni. Ktoś w nocy zjadł nasz chleb z kuchni w hostelu 🙂 Potem instalujemy się przy drodze wyjazdowej z El Calafate. Dziś jesteśmy pierwsi. Następni autostopowicze pojawiają się trochę później, mijają nas, życzymy sobie szczęścia, ustawiają się kilkadziesiąt metrów za nami. Czekamy. Samochodów jest dużo, ale nikt nie chce się zatrzymać. Po 1,5 godzinie widzimy znajome renault. To Nicolas, Veronique i Emmanuelle! Zatrzymują się i razem pokonujemy blisko 90 km, do skrzyżowania z drogą na Puerto Natales dokąd zmierzają Szwajcarzy. My wysiadamy i ustawiamy się przy drodze. Ruch zerowy, tylko hula wiatr.

40 1 40
Półtorej godziny później zatrzymuje się taksówka (!) Podwozi nas niecałe 70 km do wioski Esperanza. Okazyjna taryfa dla autostopowiczów. Gratis.

Esperanza to kilka domów zbudowanych na skrzyżowaniu dróg z Rio Gallegos na północ i jeszcze w stronę Chile. W teorii ruch powinien być większy. Ale nie jest. Czekamy. Nuda.
40 5 40 4 40 2 40 6

Jest już późno. Wiemy, że dotarcie dziś do Ushuai graniczy z cudem, chyba, że nagle zatrzyma się samochód, który tam jedzie. Ale nie tracimy nadziei, że ktoś zabierze nas do odległego o 140 km Rio Gallegos, skąd następnego dnia moglibyśmy pojechać autobusem jeszcze dalej na południe.

40 3

Po godzinie czekania zatrzymuje się Gustavo, nauczyciel, który jedzie do Rio Gallegos, ale po drodze musi zahaczyć o jedną ze szkół, w których uczy. Jedziemy z nim do Escuela No. 26 Las Vegas, malowniczo położonej. Daleko od wszystkiego.

Profe 40 7
escuela escuela 2

Do Rio Gallegos docieramy ok. 18tej. Gustavo najpierw jedzie z nami na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy bilety do Ushuai na następny dzień…

autobus do Ushuai

… a potem podwozi nas pod hostel i czeka, aż się zakwaterujemy. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni, że tak się nami zaopiekował. Żegnamy się i idziemy do supermarketu po zakupy na kolację i na jutrzejszą podróż, bo czeka nas 12 godzin w autobusie. Kupujemy więc masę owoców, pomidory, chleb, ser i ciastka.

W piątek rano jesteśmy na dworcu w Rio Gallegos 15 minut przed odjazdem autokaru. Okazuje się, że jest opóźniony o 1,5 godziny, ale w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do czekania.

dworzec w RG

W końcu jedziemy. Najpierw do granicy z Chile.

Tierra del fuego 2 granica z chile 2
Tu wszyscy wychodzą do kontroli. Okazuje się, że przez granicę nie można przewozić żadnego jedzenia. Owijamy plecak z naszą wałówą kurtkami i zostawiamy na półce nad siedzeniami. Do autokaru wchodzą pogranicznicy z psami. W międzyczasie podręczny bagaż pasażerów autobusów jest sprawdzany w budce przy granicy. W koszu lądują przekąski, jabłka, banany i  kanapki.

granica z chile

Pies nie znajduje naszego jedzenia (!), wracamy do autobusu, jedziemy dalej całkowicie świadomi, że dokonaliśmy spożywczego przemytu na dużą skalę.

Następny punkt wycieczki to przeprawa promowa na wyspę Tierra del Fuego.

Chile 2 autobus na promie  Patagonia promtierra del fuego
Potem wyjazd z Chile i ponowny wjazd do Argentyny, czyli kolejne pieczątki w paszporcie. Już legalnie robimy sobie kanapki z serem i pomidorem, owoce na deser. Godzina drogi do Rio Grande, gdzie część osób kończy podróż, a reszta (w tym my) przesiada się do innego autokaru – do Ushuai.

Chile koniec Argentyny    TDF 2 tdf

W Rio Grande poznajemy Christophera, któremu przy przesiadce zaginął bagaż. Sytuacja jest stresująca, ł. pomaga w komunikacji z kierowcami autokaru. W końcu okazuje się, że inna pasażerka pomyliła walizki i wzięła bagaż Krzyśka. Na szczęście pomyłka zostaje zauważona wcześnie. Christopher odzyskuje bagaż. Ostatni etap podróży do Ushuai gadamy i tak mijają nam trzy godziny.

Przyjeżdżamy na miejsce po 22.giej. Jest już ciemno. Sprzed autokaru zgarnia nas Perla, przesympatyczna pracownica hostelu Patagonia Pais. Kwaterujemy się i idziemy na miasto coś zjeść. Potem jeszcze spacer nad wodą.
Jakie to dziwne uczucie dotrzeć do celu. Dokładnie pół roku temu byliśmy w Barrow na Alasce. A dziś już: Ushuaia.

The beginning and the end

Dramat w trzech aktach pt. ‘Tak, oczywiście mamy bilet wyjazdowy z Panamy, czyli kolejna interesująca granica’

Występują:

k. i ł. – drugi raz na deskach teatru “Amerykańska Granica”
Pani Pogranicznik  – doświadczona, zmęczona życiem, z intensywnie niebieskimi cieniami do powiek.

Premiera:

04. Stycznia 2015, Sixaola, na granicy Kostaryka / Panama


Akt I, w którym k. i ł. odrabiają zadanie domowe.

Od naszego pierwszego występu w granicznych historiach* regularnie dokształcamy się w zakresie zasad przemieszczania się między amerykańskimi krajami. Sprawdzamy co, gdzie, jak, za ile i skrupulatnie się stosujemy. Wiemy zatem (z Lonely Planet, z internetu i od znajomych), że aby dostać się do Panamy należy:

  • kupić naklejkę za 3 dolary,
  • przedstawić dowód, że wyjedzie się z kraju, ot przykładowo bilet na samolot.**

Trzy dolary mamy. Gorzej z biletem, no bo ani nie mamy powrotnego do Polski, ani w sumie żadnego innego. Próbowaliśmy przez internet kupić bilety na prom z Panamy do Kolumbii, ale coś im się nie spieszy z potwierdzeniem rezerwacji, więc de facto tak bardzo jak chcemy wyjechać z Panamy, tak nie bardzo jesteśmy w stanie przedstawić dowody, że to nastąpi.

Co tu robić? Ł. wysyła sam do siebie (!) maila z potwierdzeniem, że mamy dwa miejsca na promie. Po hiszpańsku. Nazwiska, po dwa imiona, numery paszportów, godzina odprawy, muchas gracias, picuś glancuś. Mail zapisany na komórce. Wysłany z jego prywatnego na gmail.com – a co! 🙂

Nadchodzi 4-ty stycznia. Jedziemy autobusem z Puerto Viejo do Sixaloa.

** Panama jest podobno rajem podatkowym, więc na granicy trzeba udowodnić, że chce się z tego (k)raju niedługo wyjechać. Tak jakby nie dało się kupić biletu, a potem po prostu nie wsiąść do samolotu. No nieważne.

Akt II, w którym przechodzimy przez najdziwniejszą granicę na świecie.

Docieramy do granicy dwóch najbardziej cywilizowanych krajów w Ameryce Środkowej. I najpierw… płacimy za wyjazd z Kostaryki w punkcie opłat w… lokalnym barze (!). Opłata oficjalna wynosi $7 i tyle też widnieje na rachunku, który trzeba włożyć do paszportu. Płacimy jednak 8 dolarów, no bo ten jeden to prowizja.

A następnie dzieje się tak:

  1. stoimy w długiej kolejce po pieczątkę, że wyjeżdżamy z Kostaryki,
  2. idziemy przez stary most kolejowy na rzece Sixaola, deski są luźne, gwoździe sterczą radośnie, dziury gdzieniegdzie są takie, że turysta z plecakiem spokojnie by się zmieścił. Zastanawiamy się, jaki kraj mielibyśmy w akcie zgonu, gdyby ktoś z nas tam wleciał,
    OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  3. stoimy w kolejnej kolejce po naklejkę za $3,
  4. i potem w kolejnej kolejce po pieczątkę. Odprawa graniczna przy supermarkecie.

Akt III, w którym znowu nam się udaje.

Przychodzi nasza kolej przy okienku. Poziom stresu zupełnie pod kontrolą. ł. podaje urzędniczce dwa paszporty, ale kobieta nie wyciąga dłoni.

“Pojedynczo!” – rzuca w naszym kierunku. Niby jak pojedynczo, jak mamy jeden wspólny spreparowany bilet wyjazdowy? – myśli k. podając swój paszport. Urzędniczka przerzuca strony dokumentu, aż znajduje 3-dolarową naklejkę.

“Dowód wyjazdu!”

ł. podaje komórkę, z wyświetlonym mailem – potwierdzeniem, że mamy prom.

“Prom do Cartageny na 12.go stycznia” – mówi ł.

Urzędniczka czyta tego maila. Czyta długo. Na serio. Do samego końca (całe szczęście, że początek pomija. Od: łukasz karusta, do: łukasz karusta). W końcu kiwa głową z zadowoleniem.

“Dobrze” – mówi i wbija pieczątkę do paszportu k. Bierze paszport ł. i też wbija pieczątkę. Oddaje paszporty.

“Adios”

I tak 99-tego dnia podróży, własnoręcznie przygotowany na gmail.com bilet wyjazdowy z Panamy pozwala nam wjechać do 9-go kraju na naszej trasie. Uśmiechamy się do siebie licząc, że to oficjalne potwierdzenie promu nadejdzie wkrótce, bo za tydzień naprawdę chcemy być już w Kolumbii.

[Kurtyna]

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* Dla przypomnienia – nasz pierwszy występ na granicy Meksyk/Belize: tutaj

3 Dni w Seattle

16. października

Nasz ostatni dzień w Seattle jest słoneczny i bardzo ciepły. I znowu – pełen dobrych wrażeń.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Zgodnie z poleceniem Marty Z., idziemy na śniadanie do Pamela’s Fine Foods. Okazuje się, że Pamela jest w swojej małej restauracji. Prowadzi ją z mężem od 41 lat. I dziś akurat obchodzi urodziny!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po owsiance mamy sporo sił na spacer i pierwszy przystanek to KEXP – Wtajemniczeni wiedzą, co to za stacja radiowa. k. jest zachwycona 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem odwiedzamy Fundację Billa i Melindy Gates, a jeszcze potem każde idzie w swoją stronę. ł. zgubić się w dżungli miasta…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA     OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA     OLYMPUS DIGITAL CAMERA     wodospad

… a k. do SAM – Seattle Art Museum, gdzie poza stałą ekspozycją (która bardzo ciekawa, bo m.in. Jackson Pollock!) można obejrzeć aktualnie wystawę Pop Artu z Andy’m Warholem i Royem Lichtensteinem na czele.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   SAM

dalaj rzezba SAM 2

I jeszcze do Muzeum Gorączki Złota Klondike  – miło wrócić na Alaskę i do Jukonu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERASpotykamy się pod Columbia Center – najwyższym budynku w Seattle. Ba! To najwyższy budynek na całym zachodnim wybrzeżu! Ma 294,8m wysokości, a punkt widokowy znajduje się na 73. piętrze, czyli na wysokości 275m. A najlepsze jest to, że dzień jest piękny i widoczność doskonała!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  Jeden z dwóch mostów pontonowych w Seattle.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Widok na centrum. Space Needle wydaje się taka maleńka wśród drapaczy chmur.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Budynek Smith Tower, Stadion i nabrzeże.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA Mount Rainier (4,392 m) – udało się!

Wracamy do domu zahaczając o spożywczak. Serwujemy naszym gospodarzom polski obiad – schabowy w panierce, ziemniaki gotowane i sałatka. Wszyscy zadowoleni 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Robimy pranie, ł. poznaje zasady futbolu amerykańskiego i powoli nastawiamy się już na wyjazd. Jutro – kierunek Portland.


15. października

Jedziemy z Michaelem do jego ulubionego miejsca na śniadanie: Beth’s Cafe. Miejsce słynie z obłędnie wielkich omletów (co to jest tuzin jajek?) oraz z tego, że goście dostają kartki i kredki. Można sobie porysować. Decydujemy się na naleśnikową ucztę i wspólnie tworzymy rysunek do powieszenia na ścianie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

k. zostaje pokonana przez naleśniki. Zabiera połowę porcji do domu.

Wsiadamy w auto i jeździmy po mieście, zwiedzamy parki, podziwiamy Seattle.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Troll pod mostem na Troll Avenue

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Pomnik Lenina w dzielnicy Freemont

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Jimi Hendrix w dzielnicy Capital Hill

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA Gas Works Park

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERADom Kurta Cobaina (i ławeczka)

I inne malownicze miejsca, np. takie:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy też do świetnego sklepu muzycznego z nowymi i używanymi płytami, gdzie trochę szalejemy. A wieczorem razem z Michaelem i Jasonem wybieramy się w krótką podróż promem do Bainbridge Island i z powrotem. Widok miasta jest nieprawdopodobny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA


14. października

Autobusem docieramy do centrum. Jesteśmy podekscytowani, tyle ciekawych miejsc do zobaczenia, że trudno zdecydować, gdzie zacząć. Zaczynamy więc od standardu. Bajgiel z jajkiem i serem. A następnie…

public marketPike Place Market

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAPierwszy na świecie Starbucks otwarty tutaj w 1971 r

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Seattle- gumaBudynek oklejony gumami do żucia :/

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA Wycieczka z dowcipnym przewodnikiem = ciekawa lekcja historii o ogromnym pożarze miasta z 1889 roku oraz o podziemnym Seattle.

No i łażenie, łażenie, łażenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Widok na nabrzeże

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Space Needle (Kosmiczna Iglica), 184m punkt obserwacyjny, symbol miasta

seattle stadion Stadion Century Link

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  Smith Tower – zbudowany dokładnie 100 lat temu, przez długi czas był najwyższym budynkiem w mieście (141m)

seattle 3 International District

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Okolice China Town

Wieczór spędzamy w China Town właśnie, jedząc pyszną kolację w fantastycznym towarzystwie Jasona* i Marshalla, opowiadając sobie podróżnicze anegdotki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* O Jasonie. W kwietniu 2014 w trakcie swojej podróży po Europie, Jason odwiedził Katowice. Dzięki couchsurfingowi, spędził wtedy z k. całe popołudnie. Mieliśmy zwiedzać miasto, ale lało tak straszliwie, że nie za wiele udało nam się zobaczyć. Ale było baaardzo fajnie, dużo rozmawialiśmy, byliśmy we włoskiej knajpce, poukrywaliśmy się przed ulewą w bramach i pod wiaduktami, biegaliśmy po mieście śpiewając “Deszczową piosenkę”, a na koniec, nocą już poszliśmy do lodziarni. To był niezwykły wieczór. I to spotkanie w Seattle też było niezwykłe. Nie tylko dlatego, że nie padało.


13. października

Z dworca przy Chinatown odbiera nas Michael. Zna się z k. od 15 lat, ale to pierwsze spotkanie twarzą w twarz*. Jest bardzo wesoło i swobodnie. Michael zabiera nas na przejażdżkę po nocnym Seattle, głównie 1st Avenue, jesteśmy pod dużym wrażeniem.

Szczęka w zasadzie opada dopiero na wzgórzu widokowym. To nasza pierwsze wspomnienie z tego miasta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* O Michaelu. W ubiegłym tysiącleciu, w grudniu 1999 Michael przyjechał do Polski w odwiedziny do swojej przyjaciółki w Opolu. W wolnym czasie poznał na czacie k., która z internetu korzystała tylko w szkole, na kółku informatycznym. Wkrótce znajomość przeniosła się na papierowe listy (tak, w tamtych czasach jeszcze nie mieliśmy w domu internetu). k. pisała więc listy do Ameryki, a stamtąd przychodziły listy oraz kasety i plakaty ze sklepu muzycznego w Tuscon, w którym pracował Michael. Ale w końcu jakoś drogi się rozeszły. Michael się przeprowadził, założył rodzinę, k. też parę razy zmieniła adres. Aż w końcu pojawił się facebook… Jak tylko Michael dowiedział się o tej podróży to powiedział, że nie wybaczy, jeśli się u niego nie zatrzymamy. To przyjechaliśmy 🙂

 

Victoria mistrzów logistyki

12. października

Po śniadaniu w Same Sun Backpacker’s zmieniamy lokum i przenosimy zabawki do Cambio Hostel (taniej i śmieszniej: mieli najwyższe łóżka piętrowe na świecie i na każdą rzecz trzeba było zostawić depozyt). Niedzielna pogoda taka sobie, ale jako że nie mamy na to wpływu, tak czy siak decydujemy, że ciśniemy na wyspę. No bo Vancouver Island to podobno świetna sprawa. Przy okazji, świetnie też wypadamy logistycznie.

Najpierw SkyTrain. Z przesiadką (jakieś 25 minut). Spoko, bo takim bezkierowcowym pociągiem, więc wygląda trochę jak w wesołym miasteczku:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem 25-minutowe czekanie na autobus 620 i następnie jazda aż do portu: 30 minut. Duży ścisk, bo wszyscy chyba dziś jadą na taką wycieczkę. Następnie 1,5 godziny czekania na prom. Plus taki, że znajdujemy (w końcu) przepyszne macchiato (upolowanie dobrej kawy w Kanadzie to na serio wyczyn). Potem spokojne 1,5 godziny na promie, na którym: salon gier, sklepy, restauracje, część dla dzieci, część dla kibiców, część dla palących, część z najprawdziwszymi budkami telefonicznymi i jeszcze inne atrakcje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nareszcie… z radością wysiadamy na wyspie, gdzie… trzeba złapać kolejny autobus (ekspresowy 70x), który w jedyne  40 minut dowozi nas do Victorii, czyli stolicy stanu British Columbia. Prawie przestało padać. To chodzimy: hotele, port, parlament, Chinatown…           OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

… ślady dinozaurów i polski sklep (a o jego właścicielu – Krzysztofie – w “Spotkanych).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powrót, logistycznie, jest prawie tak samo wyrafinowany. Do promu dojeżdżamy autobusem (ale tym razem nie ekspresem, więc jedziemy dłużej – 70 minut). I tak pada, więc po prostu zwiedzamy nie-moknąc. I na przykład mijamy pole dyniowe (zbliża się Halloween, widać to na każdym kroku).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Potem 20 minut czekania na prom, 1,5h bujającej przeprawy w ciemnościach, autobus 620 (30 minut), SkyTrain (25 minut) i w hostelu po 22-giej 🙂 Kto zgadnie ile czasu dla Victorii? 🙂

Podsumowanie wycieczki jest jednomyślne: nie było warto. Ale warto było to sprawdzić. Osobiście 🙂