granica

Droga na koniec świata

26. – 27. Marca

Czwartkowy poranek zaczynamy od wizyty w piekarni. Ktoś w nocy zjadł nasz chleb z kuchni w hostelu 🙂 Potem instalujemy się przy drodze wyjazdowej z El Calafate. Dziś jesteśmy pierwsi. Następni autostopowicze pojawiają się trochę później, mijają nas, życzymy sobie szczęścia, ustawiają się kilkadziesiąt metrów za nami. Czekamy. Samochodów jest dużo, ale nikt nie chce się zatrzymać. Po 1,5 godzinie widzimy znajome renault. To Nicolas, Veronique i Emmanuelle! Zatrzymują się i razem pokonujemy blisko 90 km, do skrzyżowania z drogą na Puerto Natales dokąd zmierzają Szwajcarzy. My wysiadamy i ustawiamy się przy drodze. Ruch zerowy, tylko hula wiatr.

40 1 40
Półtorej godziny później zatrzymuje się taksówka (!) Podwozi nas niecałe 70 km do wioski Esperanza. Okazyjna taryfa dla autostopowiczów. Gratis.

Esperanza to kilka domów zbudowanych na skrzyżowaniu dróg z Rio Gallegos na północ i jeszcze w stronę Chile. W teorii ruch powinien być większy. Ale nie jest. Czekamy. Nuda.
40 5 40 4 40 2 40 6

Jest już późno. Wiemy, że dotarcie dziś do Ushuai graniczy z cudem, chyba, że nagle zatrzyma się samochód, który tam jedzie. Ale nie tracimy nadziei, że ktoś zabierze nas do odległego o 140 km Rio Gallegos, skąd następnego dnia moglibyśmy pojechać autobusem jeszcze dalej na południe.

40 3

Po godzinie czekania zatrzymuje się Gustavo, nauczyciel, który jedzie do Rio Gallegos, ale po drodze musi zahaczyć o jedną ze szkół, w których uczy. Jedziemy z nim do Escuela No. 26 Las Vegas, malowniczo położonej. Daleko od wszystkiego.

Profe 40 7
escuela escuela 2

Do Rio Gallegos docieramy ok. 18tej. Gustavo najpierw jedzie z nami na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy bilety do Ushuai na następny dzień…

autobus do Ushuai

… a potem podwozi nas pod hostel i czeka, aż się zakwaterujemy. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni, że tak się nami zaopiekował. Żegnamy się i idziemy do supermarketu po zakupy na kolację i na jutrzejszą podróż, bo czeka nas 12 godzin w autobusie. Kupujemy więc masę owoców, pomidory, chleb, ser i ciastka.

W piątek rano jesteśmy na dworcu w Rio Gallegos 15 minut przed odjazdem autokaru. Okazuje się, że jest opóźniony o 1,5 godziny, ale w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do czekania.

dworzec w RG

W końcu jedziemy. Najpierw do granicy z Chile.

Tierra del fuego 2 granica z chile 2
Tu wszyscy wychodzą do kontroli. Okazuje się, że przez granicę nie można przewozić żadnego jedzenia. Owijamy plecak z naszą wałówą kurtkami i zostawiamy na półce nad siedzeniami. Do autokaru wchodzą pogranicznicy z psami. W międzyczasie podręczny bagaż pasażerów autobusów jest sprawdzany w budce przy granicy. W koszu lądują przekąski, jabłka, banany i  kanapki.

granica z chile

Pies nie znajduje naszego jedzenia (!), wracamy do autobusu, jedziemy dalej całkowicie świadomi, że dokonaliśmy spożywczego przemytu na dużą skalę.

Następny punkt wycieczki to przeprawa promowa na wyspę Tierra del Fuego.

Chile 2 autobus na promie  Patagonia promtierra del fuego
Potem wyjazd z Chile i ponowny wjazd do Argentyny, czyli kolejne pieczątki w paszporcie. Już legalnie robimy sobie kanapki z serem i pomidorem, owoce na deser. Godzina drogi do Rio Grande, gdzie część osób kończy podróż, a reszta (w tym my) przesiada się do innego autokaru – do Ushuai.

Chile koniec Argentyny    TDF 2 tdf

W Rio Grande poznajemy Christophera, któremu przy przesiadce zaginął bagaż. Sytuacja jest stresująca, ł. pomaga w komunikacji z kierowcami autokaru. W końcu okazuje się, że inna pasażerka pomyliła walizki i wzięła bagaż Krzyśka. Na szczęście pomyłka zostaje zauważona wcześnie. Christopher odzyskuje bagaż. Ostatni etap podróży do Ushuai gadamy i tak mijają nam trzy godziny.

Przyjeżdżamy na miejsce po 22.giej. Jest już ciemno. Sprzed autokaru zgarnia nas Perla, przesympatyczna pracownica hostelu Patagonia Pais. Kwaterujemy się i idziemy na miasto coś zjeść. Potem jeszcze spacer nad wodą.
Jakie to dziwne uczucie dotrzeć do celu. Dokładnie pół roku temu byliśmy w Barrow na Alasce. A dziś już: Ushuaia.

The beginning and the end

Jujuy

06. – 07. Marca

W piątkowy poranek pakujemy plecaki i idziemy na targ na ostatnie boliwijskie śniadanie. Api, gorący napój z czerwonej i żółtej kukurydzy i ciastko z serem.

Api i ciacho Api
Potem autobusem do Villazon i tam już na piechotę do granicy. A tam – nieziemskie kolejki.
kolejka do granicy 2 horas despues

Rozdzielamy się. ł. staje w kolejce wyjazdowej z Boliwii, k. w kolejce wjazdowej do Argentyny. Blisko trzy godziny w pełnym słońcu. I trzech nowych kolejkowych znajomych – Will z USA oraz Aiden i James z Irlandii.
Ostatecznie dostajemy wszystkie pieczątki. Jesteśmy w Argentynie! Nasz cel – Ushuaia – wydaje się na wyciągnięcie ręki 🙂

Ushuaia 5121Taksówką dostajemy się na dworzec autobusowy i razem z Aidenem i Jamesem oraz ich gitarą – Sabriną – jedziemy do Jujuy (czyt. Huhui).

pierwszy autobus w Arg James i AidenArgentyńskie góry 2 argentyńskie gory
Po kilku godzinach i jednej dość szczegółowej kontroli, docieramy na miejsce. Jest już ciemno. Znajdujemy w czwórkę hostel, idziemy coś zjeść i spać.

W sobotę przed południem Aiden i James ruszają do Salty, a my zwiedzamy Jujuy.

Jujuy 1 Jujuy 2
flagajujuy 2 flagajujuy ← muzeum flagi Club Social Casa Social
Club Social 2 Club Social 3 Juyjy jakis dom Galeria Jujuy Jujuy 3 Jujuy 4 Vamos ArgentinaJujuy 5 Jujuy rzeka
Decydujemy o zmianie trasy. Mamy coraz mniej czasu i nadal długą drogę przed sobą. Paragwaj innym razem…

Wieczorem wsiadamy w nocny autobus do Cordoby.

Witamy w Boliwii

24. – 25. Lutego

Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z Puno w stronę granicy z Boliwią. I kolejny raz jesteśmy zachwyceni widokami. Titikaka wygląda jak morze, a przy brzegu pola i łąki.

Titi - ludzie Titi - pstragi Titi - pola Titi - pola 2
Przejście graniczne należy na pewno do piękniejszych widokowo. Wzgórza, jezioro, owce.

Byebye Peru granica z Boliwią
Dostajemy pieczątki wyjazdowe z Peru i zaczynamy zabawę z formalnościami przy wjeździe do Boliwii. Kartki, karteczki, fotokopie, m.in. formularz dla obywateli UE dotyczący zdrowia (że niby się chronią przed europejską Ebolą). Oboje nie do końca zdrowi, przy wszystkich objawach (katar, kaszel, gorączka) zaznaczamy [NO]. Udaje się nie kaszleć przy okienku. Pogranicznik nawet nie patrzy, czy wypełnione, odkłada na kupkę, daje pieczątki, wzdycha i wraca do gry w szachy przy komputerze. Jesteśmy w Boliwii, najwyżej położonym kraju w Ameryce Południowej.
papierki na granicy Bienvenido a Bolivia

W niecałą godzinę docieramy do Copacabany – małego miasteczka położonego wśród wzgórz nad jeziorem Titikaka. Spacerujemy po mieście, a potem idziemy nad wodę. Jest trochę jak w Chorwacji. Tylko taniej…

Copa 7 Copa 6 Copa 5 Copa 2Copa 4 Copa 3
i stroje inne.
Copa 1Wieczór nadchodzi o godzinę szybciej (bo zmiana czasu!) i dlatego też szybko idziemy spać.

Copa 9 Copa 8
Copa 10
W środę rano zostawiamy duże plecaki w hostelu i tylko z małym bagażem ruszamy łódką na Isla del Sol, gdzie podobno narodziło się słońce. Jest piękna pogoda, chociaż chłodno i wietrznie. Wydaje się, że chmury są tak nisko, ale to my jesteśmy bardzo wysoko, bo prawie na 4000 metrów.

droga na Isla del Sol Droga na Isla del Sol 2  droga na Isla del Sol 4 Droga na Isla del Sol 3
Titikaka jest podobno jedynym miejscem na świecie, gdzie można jednocześnie cierpień na chorobę morską i wysokogórską. Po 1,5-godzinnym rejsie na Isla del Sol ł. ma dość bujania i zostaje odpocząć, a k. płynie na krótką wycieczkę na pobliską Wyspę Księżyca. Spotykamy się w porze obiadowej, znajdujemy hostel z przepięknym widokiem, zjadamy pstrąga na obiad i idziemy na spacer.

Isla del Sol Isla del Sol 3
Isla del Sol obiad 
Isla del Sol 4
Chodzenie sprawia spore trudności, jesteśmy wysoko, kiepsko się oddycha. Do tego słońce praży i spalamy sobie nosy.
Isla del Sol 7 Isla del Sol 6Isla del Sol 2 Isla del Sol 5
Isla del Sol supermarket ← Supermarket 🙂
Późne popołudnie i wieczór to czas na obijanie się, książki, karty, podziwianie widoków.

Isla del Sol czytanie Isla del Sol 8  Isla del Sol 12 Isla del Sol 11  Isla del Sol 14 Isla del Sol 9 Isla del Sol 10 Isla del Sol 13
W czwartkowy poranek nad jeziorem Titikaka unoszą się ośnieżone szczyty Boliwijskich Andów. Widać też Isla de la Luna.
Isla del Sol - widok na góry Isla de la luna
Żegnamy się z wyspą, wracamy do Copacabany odebrać plecaki i ruszyć dalej na południe – do La Paz.

Chiclayo

11. Lutego

O trzeciej nad ranem kierowca autokaru zaprasza wszystkich do przejścia granicznego w Macarze. Pieczątki wyjazdowe z Ekwadoru Karusta i Kaja Beata (bo tak się do nas zwracają) dostajemy w mgnieniu oka. Zabawa zaczyna się po stronie peruwiańskiej, gdzie dwóch pograniczników wpisuje dane każdego podróżującego do systemu komputerowego. Jednym palcem. Odganiając co chwilę atakujące komary. Jest ciemno i bardzo ciepło. Wokół szczekają psy, miauczą koty, skaczą żaby i śmierdzi moczem.
Godzinę później ładujemy się z powrotem na nasze średnio wygodne miejsca w autokarze. O siódmej wysiadamy w Piurze. Pieszo docieramy do Parque Central, zjadamy śniadanie (po wizycie w bankomacie, rzecz jasna) i stwierdzamy, że jest na tyle przeciętnie, że w zasadzie możemy jechać jeszcze kawałek dalej na południe – do Chiclayo. Jest upał, a my trzy i pół godziny jedziemy przez pustynię. Wszędzie walają się śmieci.

Peru droga 2 Peru droga
W Chiclayo jesteśmy ok. 14tej. Bierzemy taksówkę do centrum, do dwugwiazdkowego hotelu Real. Jest gorąco. Kwaterujemy się, bierzymy prysznic i idziemy na obiad, a potem na spacer. 

chiclayo chiclayo 7

Chiclayo jest… takie nijakie, głośne, tłoczne, niespecjalnie ładne. Może po naszych 12 godzinach w autobusie jesteśmy zbyt zmęczni, żeby odkryć jego piękno?

Wchodzimy do kawiarni, żeby podratować się trochę kofeiną. Na pytanie, czy możemy napić się kawy, słyszymy odpowiedź: Nie wiem, zaraz sprawdzę czy jest woda. (chwilę później) Nie, nie ma kawy.

Znajdujemy ulicę Telezakupy Mango. Sprzedawcy przekrzykują się prezentując swoje produkty, niektórzy nawet mają mikrofony. Przechodniów od groma. A kupić można niemal wszystko: psa (kilka ras do wyboru), lakier do paznokci,

chiclayo 2 chiclayo 4
sztuczne kwiaty, miód od babci…

chiclayo 5 chiclayo 6
Są też małe żółwie (ale, co ciekawe, sprzedawcy nie pozwalają robić zdjęć), są też wałki do włosów, anteny do telewizorów, pumeksy, zabawki, cała masa ubrań, noże do finezyjnego obierania warzyw i inne, do artystycznego krojenia styropianu, okulary słoneczne, bezy, płyty CD.
Można też się zważyć. Punktów wagowych jest więcej i nie przy wszytkich obsługa śpi.

chiclayo 9

Tak… uliczna oferta jest tu bardzo bogata.

chiclayo 3

Chiclayo, miasto żółtych tikusiów (takie mają taksówki), to taki niezbyt udany start w Peru. Wracamy do hotelu i kombinujemy jak najmądrzej się stąd wydostać.

chiclayo 8

Dramat w Trzech Aktach pt. “Kończę o ósmej, czyli jak zmarnowaliśmy fikcyjny bilet do Madrytu”

Występują:

k. i ł. – na deskach teatru “Amerykańska Granica”  po raz trzeci
Pan Pogranicznik  – skory do żartów, kończący o ósmej.

Premiera:

13. Stycznia 2015, wjazd do Kolumbii w porcie w Cartagenie


Akt I, w którym k. i ł. znowu odrabiają zadanie domowe.

Podczas kupowania prawdziwego biletu na Ferry Xpress dowiedzieliśmy się, że przy wjeździe do Kolumbii (tak jak w przypadku wjazdu do Panamy), również będą od nas wymagać dowodu wyjazdu typu: bilet. Ta informacja pozwala nam znowu dobrze przygotować się do przekroczenia kolejnej granicy. ł. wyszukuje w sieci linie lotnicze, które pozwalają zrobić rezerwację lotu bez płacenia (!) Co prawda taka rezerwacja ważna jest tylko przez 24h i przepada jeśli nie zrobi się przelewu, ale nic to. Ważne, że dostajemy maila z potwierdzeniem rezerwacji. Lecimy ostatniego stycznia z Bogoty do Madrytu.

Akt II, w którym stajemy przed okienkiem.

Docieramy promem do Kolumbii. Żar leje się z nieba, a my stoimy w długiej kolejce po pieczątkę w paszporcie. Obserwujemy, co się dzieje. Faktycznie ludzie przed nami pokazują wydruki biletów i inne papiery, ale wszystko idzie płynnie, bez komplikacji, chociaż pogranicznicy wyglądają poważnie i mało rozrywkowo. No cóż. Zanim podchodzimy do okienka, ł. mówi tylko “Weź może się uśmiechnij do pogranicznika, czy coś?“, co k. pomija milczeniem, bo jednak trema przed kolejnym występem.

Akt III, w którym wkraczamy do Ameryki Południowej.

Stoimy przed pogranicznikiem. W gotowości dwa paszporty i komórka z nieaktualnym już potwierdzeniem, że z Bogoty do Madrytu, ostatniego stycznia. Pogranicznik zaczyna od paszportu k. Otwiera stronę ze zdjęciem i robi wielkie oczy. Każe stanąć na wprost siebie. Patrzy na k. Potem na zdjęcie i znów na k. I myśli. (Ci, którzy widzieli paszportowe zdjęcie k. najpewniej wiedzą, że zdziwienie może być uzasadnione). W końcu mówi “Straciłaś dużo na wadze“. W normalnych okolicznościach k. najpewniej zrobiłaby się cała czerwona, ale na szczęście była już czerwona od słońca, więc mówi tylko “A dziękuję. To stare zdjęcie, sprzed 5 lat“. Na co pan pogranicznik mówi “No no, bardzo ładnie.” Po czym pyta, po co w Kolumbii, no to k. mówi, że turismo*. Pogranicznik z wielkim uśmiechem wbija pieczątkę do paszportu k. i mówi, że skoro turismo, to mogę tu być 90 dni. Oddaje paszport, puszcza oczko i mówi “No to… jakby co, kończę o ósmej.” Chwilę później ł. również dostaje pieczątkę z turystyczną wizą na 90 dni, jakkolwiek jego zdjęcie w paszporcie pozostaje bez komentarza. Pytanie, czy w ogóle zamierzamy opuścić ten kraj, nie pada w ogóle, Najpewniej paskudny paszport k. wybił pogranicznika z rytmu i najzwyczajniej w świecie zapomniał swojej kwestii, a sufler przeoczył ten moment. Nasz nieopłacony bilet do Madrytu pozostanie zatem niewykorzystany. A my mamy teraz 80 dni na 8 krajów Ameryki Południowej.

[Kurtyna]

* Cała rozmowa z pogranicznikiem odbyła się rzecz jasna po hiszpańsku. Od pierwszego występu na granicy Meksyk-Belize k. czyni wielkie aktorskie postępy 🙂

Dramat w trzech aktach pt. ‘Tak, oczywiście mamy bilet wyjazdowy z Panamy, czyli kolejna interesująca granica’

Występują:

k. i ł. – drugi raz na deskach teatru “Amerykańska Granica”
Pani Pogranicznik  – doświadczona, zmęczona życiem, z intensywnie niebieskimi cieniami do powiek.

Premiera:

04. Stycznia 2015, Sixaola, na granicy Kostaryka / Panama


Akt I, w którym k. i ł. odrabiają zadanie domowe.

Od naszego pierwszego występu w granicznych historiach* regularnie dokształcamy się w zakresie zasad przemieszczania się między amerykańskimi krajami. Sprawdzamy co, gdzie, jak, za ile i skrupulatnie się stosujemy. Wiemy zatem (z Lonely Planet, z internetu i od znajomych), że aby dostać się do Panamy należy:

  • kupić naklejkę za 3 dolary,
  • przedstawić dowód, że wyjedzie się z kraju, ot przykładowo bilet na samolot.**

Trzy dolary mamy. Gorzej z biletem, no bo ani nie mamy powrotnego do Polski, ani w sumie żadnego innego. Próbowaliśmy przez internet kupić bilety na prom z Panamy do Kolumbii, ale coś im się nie spieszy z potwierdzeniem rezerwacji, więc de facto tak bardzo jak chcemy wyjechać z Panamy, tak nie bardzo jesteśmy w stanie przedstawić dowody, że to nastąpi.

Co tu robić? Ł. wysyła sam do siebie (!) maila z potwierdzeniem, że mamy dwa miejsca na promie. Po hiszpańsku. Nazwiska, po dwa imiona, numery paszportów, godzina odprawy, muchas gracias, picuś glancuś. Mail zapisany na komórce. Wysłany z jego prywatnego na gmail.com – a co! 🙂

Nadchodzi 4-ty stycznia. Jedziemy autobusem z Puerto Viejo do Sixaloa.

** Panama jest podobno rajem podatkowym, więc na granicy trzeba udowodnić, że chce się z tego (k)raju niedługo wyjechać. Tak jakby nie dało się kupić biletu, a potem po prostu nie wsiąść do samolotu. No nieważne.

Akt II, w którym przechodzimy przez najdziwniejszą granicę na świecie.

Docieramy do granicy dwóch najbardziej cywilizowanych krajów w Ameryce Środkowej. I najpierw… płacimy za wyjazd z Kostaryki w punkcie opłat w… lokalnym barze (!). Opłata oficjalna wynosi $7 i tyle też widnieje na rachunku, który trzeba włożyć do paszportu. Płacimy jednak 8 dolarów, no bo ten jeden to prowizja.

A następnie dzieje się tak:

  1. stoimy w długiej kolejce po pieczątkę, że wyjeżdżamy z Kostaryki,
  2. idziemy przez stary most kolejowy na rzece Sixaola, deski są luźne, gwoździe sterczą radośnie, dziury gdzieniegdzie są takie, że turysta z plecakiem spokojnie by się zmieścił. Zastanawiamy się, jaki kraj mielibyśmy w akcie zgonu, gdyby ktoś z nas tam wleciał,
    OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  3. stoimy w kolejnej kolejce po naklejkę za $3,
  4. i potem w kolejnej kolejce po pieczątkę. Odprawa graniczna przy supermarkecie.

Akt III, w którym znowu nam się udaje.

Przychodzi nasza kolej przy okienku. Poziom stresu zupełnie pod kontrolą. ł. podaje urzędniczce dwa paszporty, ale kobieta nie wyciąga dłoni.

“Pojedynczo!” – rzuca w naszym kierunku. Niby jak pojedynczo, jak mamy jeden wspólny spreparowany bilet wyjazdowy? – myśli k. podając swój paszport. Urzędniczka przerzuca strony dokumentu, aż znajduje 3-dolarową naklejkę.

“Dowód wyjazdu!”

ł. podaje komórkę, z wyświetlonym mailem – potwierdzeniem, że mamy prom.

“Prom do Cartageny na 12.go stycznia” – mówi ł.

Urzędniczka czyta tego maila. Czyta długo. Na serio. Do samego końca (całe szczęście, że początek pomija. Od: łukasz karusta, do: łukasz karusta). W końcu kiwa głową z zadowoleniem.

“Dobrze” – mówi i wbija pieczątkę do paszportu k. Bierze paszport ł. i też wbija pieczątkę. Oddaje paszporty.

“Adios”

I tak 99-tego dnia podróży, własnoręcznie przygotowany na gmail.com bilet wyjazdowy z Panamy pozwala nam wjechać do 9-go kraju na naszej trasie. Uśmiechamy się do siebie licząc, że to oficjalne potwierdzenie promu nadejdzie wkrótce, bo za tydzień naprawdę chcemy być już w Kolumbii.

[Kurtyna]

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* Dla przypomnienia – nasz pierwszy występ na granicy Meksyk/Belize: tutaj

Dramat w trzech aktach pt.„Ale czy naprawdę nie ma innego sposobu, czyli jak uniknęliśmy deportacji.”

Występują:

k. i ł. – debiutanci, ale znający scenariusz doskonale
Pogranicznik i kolega pogranicznika – starzy wyjadacze, aktorzy z wieloletnim doświadczeniem, które jednak nie odbiera im siły przekazu

Wszyscy odgrywają swoje role zawodowo. Bez zająknięcia.

Premiera:

24. Listopada 2014, Chetumal, na granicy Meksyk/Belize


Akt I, w którym k. i ł. orientują się, że coś jest nie tak.

Pamiętacie wjazd do Meksyku? Dzień Zmarłych, San Diego, tramwaj, na piechotkę do Tijuany, zero kontroli na granicy?
Niecałe trzy tygodnie po tym, w trakcie rozmowy z Alexandrem k. i ł. orientują się, że:
1. Nie mają pieczątek wjazdowych,
2. Nie mają obowiązkowego formularza imigracyjnego,

Obydwa te elementy są rzekomo niezbędne przy wyjeździe z kraju. k. i ł. pytają o to Sylwię (z Mexico City), a potem Bogdana (z Tulum), oraz parę innych osób. Wszystkie twarze wyrażają niepokój. Głównie o to, ile to będzie kosztowało.

Akt II, w którym ł. dzwoni do Konsula.

A Konsul mówi, że to powszechna praktyka, że turyści na przejściach granicznych od strony USA najczęściej nie dostają stempla i formularza, gdyż:
1. Gdyby cokolwiek im się stało w Meksyku, to nikt oficjalnie nie wie, że w ogóle wjechali do tego kraju,
2. Brak dopełnionych formalności to świetna okazja do wyłudzania łapówek.
Złe wiadomości:
1. Nikt nie wie ile wynosi łapówka (a nie ma określonych formalnie kar za brak stempla i formularza),
2. Konsul radzi powrót do Tijuany i nadrobienie tego, co nam umknęło (co oczywiście z przyczyn czasowo-finansowych w ogóle nie wchodzi w grę).
Dobre wiadomości:
1. Nie mogą nas deportować ani nawet za bardzo aresztować,
2. Nikomu tak na serio nie zależy, żebyśmy utknęli w Meksyku, natomiast zależy im na kasie,
3. Możemy jeszcze poprosić o radę w biurze migracyjnym w Chetumal.

Akt III, w którym czas opuścić Meksyk.

k. i ł. dostają się z Mahahual do Chetumal i zgodnie z radą konsula znajdują biuro migracyjne pod z adresem, który podany jest na stronie internetowej tegoż biura. Okazuje się, że mają nowy budynek i starą stronę www, więc w teorii k. i ł. mogli od razu jechać na granicę. Łapią taksówkę, zbijają cenę do akceptowalnej, ostatnia próba (czy dobrze pamiętają swoje role) i jak gdyby nigdy nic idą do budki granicznej i wręczają swoje europejskie paszporty.

Pogranicznik: Nie macie pieczątek wjazdowych. Gdzie formularze?
ł.: Nooo… Nie mamy.
[k. z uwagi na ograniczenia językowe po prostu milczy.]
P: Jak mam Wam wbić pieczątki wyjazdowe, skoro nie macie wjazdowych?!

ł. tłumaczy, że przechodziliśmy przez granicę 3 tygodnie temu w Tijuanie (prawda), nie było tam żadnej kontroli, że pytaliśmy tam o stempelki i formularze i odmówiono nam (ściema) i że rozmawialiśmy z konsulem (prawda).

P: Jesteście w kraju nielegalnie. [oddech] Un problema grande. [Kolejna pauza] Kara za brak formularza to 5000 peso. Od osoby. (ściema) W zasadzie powinniśmy Was deportować. [Tu znaczące spojrzenie. Wiadomo, że to blef, ale robimy odpowiednio przerażone miny.]

ł.: No to co teraz powinniśmy zrobić?
P: Albo zapłacić karę. Albo wrócić do Tijuany i dopełnić formalności. Albo my się tym zajmiemy. To potrwa 15 dni.

ł. tłumaczy, że nie ma szans, że jesteśmy dziennikarzami (pół-ściema), przejeżdżamy tranzytem przez Belize i musimy złapać samolot z Gwatemali do Polski (ściema). Nie mamy czasu ani pieniędzy na takie rozwiązanie (prawda). Wyciągamy z naszego wspólnego portfela WSZYSTKIE pieniądze (przygotowaliśmy sobie wcześniej 600 peso, bo formalny wyjazd z Meksyku kosztuje 300 peso od osoby, przy okazaniu stempelka i formularza, rzecz jasna. No i jeszcze stówę, żeby nie było, że mamy na styk). ł. mówi, że nie mamy więcej (ściema), bo to końcówka naszego wyjazdu (super-ściema).

P. kręci z niezadowoleniem głową, myśli, myśli, no bo to problema grande (ściema). Decyduje, że zadzwoni do szefa. Wstaje, podchodzi do telefonu, podnosi słuchawkę i nie wykręcając numeru przegląda miliard razy nasze paszporty. W międzyczasie jego kolega (nieumundurowany) podchodzi do nas i też mówi, że jesteśmy w kropce. Pogranicznik, skończywszy wyimaginowane rozmowy, wraca do okienka.

Czas na najważniejszą kwestię w tej sztuce. ł. wypowiada magiczną formułę, której nauczyliśmy się z książki „Tequila Oil”:

„Czy naprawdę nie ma innego sposobu, żeby tę sprawę załatwić?”

Pogranicznik zabiera nasze 700 peso, wbija do paszportów pieczątki wyjazdowe, a jego kumpel oferuje nam transport przez granicę belizejską aż do Corozal (ok. 13km) skąd złapiemy autobus do Belize City. Ta przysługa będzie nas kosztować 30 dolarów belizejskich, czyli jakieś 50 zł (w tym transport do bankomatu, bo jak wiadomo, nie mamy już gotówki).

Na granicy belizejskiej pilnujemy, żeby dostać wszystkie pieczątki. Kiedy zostajemy sami, wybuchamy śmiechem.

[Kurtyna]