autostop

Droga na koniec świata

26. – 27. Marca

Czwartkowy poranek zaczynamy od wizyty w piekarni. Ktoś w nocy zjadł nasz chleb z kuchni w hostelu 🙂 Potem instalujemy się przy drodze wyjazdowej z El Calafate. Dziś jesteśmy pierwsi. Następni autostopowicze pojawiają się trochę później, mijają nas, życzymy sobie szczęścia, ustawiają się kilkadziesiąt metrów za nami. Czekamy. Samochodów jest dużo, ale nikt nie chce się zatrzymać. Po 1,5 godzinie widzimy znajome renault. To Nicolas, Veronique i Emmanuelle! Zatrzymują się i razem pokonujemy blisko 90 km, do skrzyżowania z drogą na Puerto Natales dokąd zmierzają Szwajcarzy. My wysiadamy i ustawiamy się przy drodze. Ruch zerowy, tylko hula wiatr.

40 1 40
Półtorej godziny później zatrzymuje się taksówka (!) Podwozi nas niecałe 70 km do wioski Esperanza. Okazyjna taryfa dla autostopowiczów. Gratis.

Esperanza to kilka domów zbudowanych na skrzyżowaniu dróg z Rio Gallegos na północ i jeszcze w stronę Chile. W teorii ruch powinien być większy. Ale nie jest. Czekamy. Nuda.
40 5 40 4 40 2 40 6

Jest już późno. Wiemy, że dotarcie dziś do Ushuai graniczy z cudem, chyba, że nagle zatrzyma się samochód, który tam jedzie. Ale nie tracimy nadziei, że ktoś zabierze nas do odległego o 140 km Rio Gallegos, skąd następnego dnia moglibyśmy pojechać autobusem jeszcze dalej na południe.

40 3

Po godzinie czekania zatrzymuje się Gustavo, nauczyciel, który jedzie do Rio Gallegos, ale po drodze musi zahaczyć o jedną ze szkół, w których uczy. Jedziemy z nim do Escuela No. 26 Las Vegas, malowniczo położonej. Daleko od wszystkiego.

Profe 40 7
escuela escuela 2

Do Rio Gallegos docieramy ok. 18tej. Gustavo najpierw jedzie z nami na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy bilety do Ushuai na następny dzień…

autobus do Ushuai

… a potem podwozi nas pod hostel i czeka, aż się zakwaterujemy. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni, że tak się nami zaopiekował. Żegnamy się i idziemy do supermarketu po zakupy na kolację i na jutrzejszą podróż, bo czeka nas 12 godzin w autobusie. Kupujemy więc masę owoców, pomidory, chleb, ser i ciastka.

W piątek rano jesteśmy na dworcu w Rio Gallegos 15 minut przed odjazdem autokaru. Okazuje się, że jest opóźniony o 1,5 godziny, ale w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do czekania.

dworzec w RG

W końcu jedziemy. Najpierw do granicy z Chile.

Tierra del fuego 2 granica z chile 2
Tu wszyscy wychodzą do kontroli. Okazuje się, że przez granicę nie można przewozić żadnego jedzenia. Owijamy plecak z naszą wałówą kurtkami i zostawiamy na półce nad siedzeniami. Do autokaru wchodzą pogranicznicy z psami. W międzyczasie podręczny bagaż pasażerów autobusów jest sprawdzany w budce przy granicy. W koszu lądują przekąski, jabłka, banany i  kanapki.

granica z chile

Pies nie znajduje naszego jedzenia (!), wracamy do autobusu, jedziemy dalej całkowicie świadomi, że dokonaliśmy spożywczego przemytu na dużą skalę.

Następny punkt wycieczki to przeprawa promowa na wyspę Tierra del Fuego.

Chile 2 autobus na promie  Patagonia promtierra del fuego
Potem wyjazd z Chile i ponowny wjazd do Argentyny, czyli kolejne pieczątki w paszporcie. Już legalnie robimy sobie kanapki z serem i pomidorem, owoce na deser. Godzina drogi do Rio Grande, gdzie część osób kończy podróż, a reszta (w tym my) przesiada się do innego autokaru – do Ushuai.

Chile koniec Argentyny    TDF 2 tdf

W Rio Grande poznajemy Christophera, któremu przy przesiadce zaginął bagaż. Sytuacja jest stresująca, ł. pomaga w komunikacji z kierowcami autokaru. W końcu okazuje się, że inna pasażerka pomyliła walizki i wzięła bagaż Krzyśka. Na szczęście pomyłka zostaje zauważona wcześnie. Christopher odzyskuje bagaż. Ostatni etap podróży do Ushuai gadamy i tak mijają nam trzy godziny.

Przyjeżdżamy na miejsce po 22.giej. Jest już ciemno. Sprzed autokaru zgarnia nas Perla, przesympatyczna pracownica hostelu Patagonia Pais. Kwaterujemy się i idziemy na miasto coś zjeść. Potem jeszcze spacer nad wodą.
Jakie to dziwne uczucie dotrzeć do celu. Dokładnie pół roku temu byliśmy w Barrow na Alasce. A dziś już: Ushuaia.

The beginning and the end

El Calafate

24.-25. Marca

We wtorek rano po śniadaniu bierzemy plecaki i wychodzimy na drogę wyjazdową z El Chalten. Nie jesteśmy pierwsi. Ustawiamy się jako trzeci w kolejce. Dzień jest piękny.

El Chanten 17
Nie czekamy długo. W przerwach kiedy nic nie jedzie k. gra na ukulele i chyba przez to (z ciekawości) zatrzymuje się samochód, który minął dwie poprzednie grupy autostopowiczów. Jedziemy razem jakieś 190 km, do skrzyżowania przed El Calafate.

El Chanten 15 El Chanten 13
El Chanten 12
Wysiadamy i niemal od razu łapiemy kolejny samochód. Ostatnie 30 km do miasta jedziemy na pace.

El Chanten 16 El Chanten 14
Kwadrans później wysiadamy w centrum miasta.

Wchodzimy do pierwszego hospedaje. Cena pokoju wypisana na plakacie: 120 peso przekreślone i zmienione na 100 peso (!) Pokoje wprawdzie wielkości windy, mieści się tylko łóżko piętrowe, ale mamy do dyspozycji kuchnię, wifi i łazienkę z gorącą wodą. Zostawiamy plecaki i idziemy w miasto, które jest wyjątkowo nieciekawe.

Calafate 2 Calafate
Wieczór spędzamy nadrabianiem zaległości internetowych.

Nasz plan na środę to Perito Moreno, jeden z niewielu lodowców na świecie, który cały czas się powiększa. Lodowiec znajduje się 80km za El Calafate, więc maszerujemy trochę za centrum miasta, żeby łapać okazję. Mija nas białe renault i po chwili wraca (!) To rodzinka ze Szwajcarii: Veronique i Nicolas z córką Emmanuelle jadą właśnie zobaczyć lodowiec. Pakujemy się z nimi do auta i w drogę.

PM 1
Tuż przy lodowcu zbudowano 4-kilometrowy szlak z metalowych krat. Chodzi się wygodnie i bezpiecznie. Sezon turystyczny powoli się kończy, jest sporo Argentyńczyków z termosami i mate, ale zagranicznych turystów nie ma zbyt wielu.

PM 2 PM 3
Perito Moreno, lodowiec, który ma 2 miliony lat, znajduje się przy jeziorze Argentino. Ma 5 km szerokości, 30 km długości i powierzchnię: 250 km kwadratowych, czyli jest dokładnie 10 razy większy od Siemianowic!
PM 6 PM 10
Ściany Perito Moreno wystają nad powierzchnię jeziora na wysokość 50 – 55 metrów.

PM 5 PM 9
Trudno to sobie wyobrazić nie mając punktu odniesienia, ale… na poniższym zdjęciu po prawej stronie widać jacht.

PM 4

Bloki lodu co jakiś czas kruszą się i wpadają do jeziora, ale efekty dźwiękowe są nieadekwatne do wizualnych. Nawet niewielkie lodowe kawałki robią masę hałasu.
PM 8 PM 7

Robi wrażenie Perito Moreno.

Po kilku godzinach spotykamy się na parkingu z rodziną Nicolasa i wracamy razem do El Calafate. Gotujemy sobie pyszną obiado-kolację i idziemy spać raczej wcześnie. Jutro chcemy spróbować autostopem dotrzeć do Ushuai, czyli ostatniego punktu naszej podróży.

Kciuki w górę

20. – 22. Marca

Autostop – Dzień 1 – 803 km i sześciu kierowców

Piątek. Na obrzeżach Bariloche żegnamy się z Wimem i kciuki w górę! Pierwszy samochód zatrzymuje się po 10 minutach. Ignacio, emerytowany zawodowy narciarz, świetną angielszczyzną opowiada o swojej karierze, olimpiadach, wypadach do Europy, a potem o firmie Rio Manso Expediciones.

40 1 40 2
Rozstajemy się po 68 kilometrach i znów kciuki w górę, w przepięknych okolicznościach przyrody.
40 3 40 4

Po pół godzinie zatrzymuje się Christian. Ma 30 lat, różowy t-shirt i techno włączone na cały regulator. Jedziemy z nim 206 km. Na szczęście w trakcie jazdy repertuar się zmienia i słuchamy też argentyńskiego rocka.

40 5 40 6
Ze skrzyżowania przed Esquel zgarnia nas Juan Antonio Lopez. Przez całe 85 km gadamy o polityce i ekonomii, a krajobraz za oknem zmienia się z górskiego w pustynny. W miasteczku Tecka droga się rozwidla i musimy się pożegnać.

40 11 40 840 10 40 940 12 40 7
Tutaj też nie czekamy zbyt długo. Następne pięć godzin i 424 km (!) jedziemy ze starszym Argentyńczykiem jego bardzo starszym samochodem. Rozmawiamy, jest miło i przyjemnie. Za oknem samochodu pola, krowy, owce, ogromne puste przestrzenie zmieniające w słońcu kolor.

40 13 40 krowy 40 owce 40 1740 15 40 1640 14 40 18 40 21 40 19
Tuż przed zachodem słońca robimy chwilę przerwy na zdjęcia. Przed nami zupełnie pusta droga nr 40. Ostatni dzień lata w Patagonii…

Patagonia - ostatni dzień lata

Dojeżdżamy do skrzyżowania 21 km przed Perito Moreno. To ostatnie miasto, które jest po drodze nam wszystkim. Jest 21.00. W duchu mamy nadzieję, że kierowca nadłoży trochę i nie zostawi nas w centrum niczego, zważywszy na to, że jest już ciemno i zimno. Okazuje się jednak, że zostajemy na skrzyżowaniu. Szczęśliwie, zanim wypakowujemy plecaki z bagażnika udaje nam się zatrzymać pierwszy samochód jadący do Perito Moreno. W ciągu 15 minut jesteśmy zakwaterowani w średniej jakości hostelu. Idziemy coś zjeść, po północy k. dostaje od ł. urodzinowy uścisk, życzenia, kinder bueno i różowy zegarek (piękny!), a potem zasypiamy w ciągu 30 sekund. To był dłuuugi dzień.

Autostop – Dzień 2 – 343 km i jeden kierowca

Sobota. Wstajemy wcześnie, zaliczamy kawę i facturę, czyli typowe argentyńskie ciastko i wychodzimy łapać stopa tuż przy sztabie wojskowym.

40 pion 1  perito moreno nic nie jedzie

Właściwie nie ma co łapać. Ruch jest niemal zerowy. Mija godzina, potem druga i trzecia. Nudzimy się. Książki, ukulele. Zjadamy cały zapas jedzenia. Czas leci, ale nic nie jedzie. Kawałek za nami na drodze jeszcze dwóch chłopaków czeka na okazję, ale też nie mają szczęścia. Mija czwarta i piąta godzina czekania. k. puszczają nerwy, bo nie do końca tak wyobrażała sobie swoje urodziny.
perito moreno nic nie jedzie 2Mija nas samochód, który za parę minut po nas wraca. Jedzie nim małżeństwo z małą córeczką. Jadą do przyjaciół do Gubernador Gregores, miasta oddalonego o 343 km od Perito Moreno. Jest długi weekend, a w GG trwają akurat dni wioski (fiesta del pueblo). Plus jest taki, że jedziemy na południe. Minus taki, że w GG nie ma już miejsc noclegowych.

40 day 2 5 40 day 240 day 2 2 40 day 2 340 baja caracoles 40 baja caracoles 2
Po drodze widzimy guanaco (całe mnóstwo), a co jakiś czas drogę przebiegają nam strusie:40 day 2 4 40 day 2 6
W końcu dojeżdżamy.

GG 1 GG 2

Jest 18ta. Rodzinka wysadza nas przy campingu, jedynym miejscu gdzie jeszcze można przenocować. Sęk w tym, że nie mamy namiotu. Zresztą, nasze śpiwory i tak nie nadają się do spania na zewnątrz. Udaje nam się przekonać kierownika pola namiotowego, żeby z uwagi na nasze cienkie śpiwory pozwolił nam przenocować w budce-recepcji na podłodze.

GG recepcja GG pole namiotowe
Odkrywamy parę fajnych rzeczy:

  • jest prysznic i gorąca woda,
  • jest papier w toalecie,
  • jest masa miejsca na zrobienie grilla albo ogniska i darmowe drewno,
  • pole namiotowe jest za darmo (opłata typu “co łaska”, której nikt nie sprawdza).

A do tego, są tu już autostopowicze z Perito Moreno – dwóch Francuzów, Rhodrig (31) i Teddy (26). Idziemy razem do supermarketu po zakupy na grilla.

GG

Kupujemy masę warzyw i owoców, ogromną ilość mięsa dla chłopaków, trochę wina i trochę słodyczy. Ostatecznie to impreza urodzinowa. Teddy rozpala ogień, wszyscy głodni wpatrują się w grillowane pyszności. A potem uczta. Dzielimy się wszystkim, bo jak wykrzykuje Teddy z francuskim akcentem, compartir es vivir! (czyli: dzielić się to żyć).

GG BBQ GG BBQ 3 GG BBQ 4 GG BBQ 2
Szczęśliwi i/bo najedzeni idziemy w miasto. W wiejskim domu kultury trwają wybory królowej okolicy. Jest masa ludzi, wszyscy odstrzeleni: panowie w garniturach, panie na obcasach i w dawno już niemodnych spódnicach. Na scenie prężą się kandydatki do królowej, konferansjer przedstawia: imię, nazwisko, wiek, wymiary, ulubiony kolor, piosenkarz i przesłanie do młodzieży. W przerwach gra muzyka, błyskają kolorowe światełka, na parkiecie tłum. Teddy od razu zaczyna tańczyć z panią co najmniej trzy razy starszą od siebie. Jest surrealistycznie, jak na dyskotece szkolnej w latach osiemdziesiątych, tylko publiczność starsza.

Wracamy na camping po pierwszej, a Teddy i Rhodrig balują do czwartej rano.

Autostop – Dzień 3 – 343 km i dwóch kierowców

Niedziela. Budzimy się wcześnie, ł. wstaje i dokumentuje jak 31-letnia już k. wyleguje się w łóżku i wręcz nie może się zwlec. Jeszcze pięć minut…

GG spanie

Idziemy na śniadanie i wracamy po plecaki. Nasi koledzy już wstali, pakują namioty w doskonałych nastrojach. Wszyscy planujemy jechać dziś w tę samą stronę, więc być może spotkamy się jeszcze gdzieś po drodze. Niemniej, jako, że my jesteśmy gotowi, a oni jeszcze nie – ruszamy pierwsi zająć dobre miejsce na poboczu.

GG hitchhikers

Maszerujemy na drugą stronę rzeki, do drogi wyjazdowej z wioski i znów kciuki w górę.
GGhitchhiking GG hitchhiking
Po jakichś 20 minutach zatrzymuje się policjant jadący do Piedra Buena. To na południowy wschód. El Chanten, nasz cel podróży, to południowy zachód. Niestety odkrywamy to dopiero w samochodzie. Nie ma tego złego – jedziemy na południe. Jedziemy! To miła odmiana po wczorajszych sześciu godzinach czekania.

40 day 3 2 40 day 3
Nasz kierowca wysadza nas ok. 13tej, po 117 kilometrach, na skrzyżowaniu dróg w absolutnym wygwizdowie. Ruch w stronę Gubernador Gregores, gdzie trwa wiejska fiesta, jest duży. W stronę Tres Lagos, dokąd prowadzi szutrowa droga, w ciągu dwóch godzin jadą dwa samochody, ale pełne, więc się nie zatrzymują. Pogoda się zmienia. Raz wychodzi słońce, raz robi się pochmurno i chłodno, trochę wieje. Książki, ukulele, kopanie kamieni.

40 day 3 4 40 day 3 3
W końcu tuż przy naszej mini-bazie zatrzymują się dwa rozklekotane auta. Wysypuje się z nich masa osób, na pewno więcej, niż wynikałoby z dowodów rejestracyjnych. Kierowca jednego z nich podbiega do nas bez butów (białe skarpetki!) i pyta, czy jego zespół może sobie z nami zrobić zdjęcie. Nie dowierzamy własnym uszom, ale zgadzamy się, więc muzycy wypakowują z fiata uno ogromny keyboard i głośnik. Wszyscy ustawiają się wokół nas i robią zdjęcia. Potem pakują zabawki, ale zanim odjeżdżają prosimy ich o zapozowanie raz jeszcze. W razie gdybyśmy kiedyś mieli wątpliwości, czy to wydarzyło się naprawdę.

40 day 3 5

Muzycy odjeżdżają w stronę Piedra Buena, zostajemy sami. Zadziwieni. Mija kolejna godzina. Obmyślamy plany awaryjne. Wracać do Gubernador Gregores? Jechać w stronę Rio Gallegos? Gdzieś musimy, bo tu gdzie jesteśmy nie ma szans przenocować.

W końcu w naszą stronę jedzie duże renault, w środku tylko dwie osoby. Auto zwalnia, żeby zjechać z asfaltu. Chwila zawahania, bo chyba autostopowicze na pokładzie nie byli w planach. k. robi oczy kota ze Shreka. Renault zatrzymuje się i okazuje się, że nie tylko jedzie w naszą stronę. Jedzie dokładnie tam, gdzie chcemy dotrzeć – do El Chanten! Jesteśmy uratowani.

Miguel, człowiek o spokojnej pracy (jest anestezjologiem) jedzie ze swoją żoną Norą do El Chanten na święto trekkingu i jakiś koncert. Są bardzo sympatyczni, dzielą się z nami ciasteczkami i mate, żartują, jest bardzo miło. Droga nie jest asfaltowana, więc przez 150 km jedziemy dosyć wolno. Można podziwiać widoki. Miajmy mnóstwo strusi i guanaco i nawet jednego pancernika (tylko, że ktoś go przejechał).

40 day 3 8 40 day 3 6 40 day 3 9 40 day 3 7   40 day 3 10 40 day 3 11
Wjeżdżamy na asfalt, więc wujek Miguel pruje w stronę gór.
40 day 3 12 40 day 3 1340 day 3 14 40 day 3 15
I nagle na horyzoncie pojawiają się dwa obłędnie piękne szczyty:

40 day 3 16Przed samym wjazdem do El Chanten robimy przerwę na zdjęcia, a potem zostajemy odwiezieni pod sam PIT (czyli punkt informacji turystycznej :)) Żegnamy się, znajdujemy hostel, robimy zakupy na kolację. Kładziemy się spać bardzo szybko, zwiedzanie zostawiamy na jutro.

Cerro Torre i Fitz Roy za nami


Przez 3 dni przejechaliśmy dziewięcioma samochodami 1489 patagońskich kilometrów. Kciuki w górę dla życzliwych kierowców!


Najciekawsze manewry naszych kierowców drodze 40:

  • cofanie, żeby zobaczyć strusia
  • jazda z prędkością 130 km/h przy ograniczeniu do 30 km/h
  • wyprzedzanie radiowozu na podwójnej ciągłej

Ruta 40

Autostopem do Patagonii

16. Marca

Budzimy się wcześnie. Jest już jasno, ale przed nami jeszcze parę godzin jazdy. Od Buenos Aires krajobraz nie zmienił się prawie w ogóle. Nadal jest płasko, jak na Mazowszu.

wyjazd z Buenos 2 wyjazd z Buenos wyjazd z buenos 3 wyjazd z buenos 4

Po 9-tej rano wypakowujemy się z autokaru na dworcu w Neuquen. Zjadamy szybkie śniadanie, a potem, razem z Messim, miejskim autobusem jedziemy do Senillosy.

Messi

Jest 11:30 kiedy wychodzimy na szosę. Smarujemy się kremem na opalanie, bo grzeje nieprzeciętnie i wystawiamy kciuki. Przed nami 397 km do San Carlos de Bariloche.

Po dziesięciu minutach zatrzymuje się pierwszy samochód, ale podwozi nas tylko do rozwidlenia dróg, jakieś 3 km. Stamtąd bardzo szybko zabiera nas dwóch techników-elektryków pracujących w elektrowni wodnej oddalonej o 35 km stąd. Kierowca jedzie bardzo szybko, rozmawiamy, jest wesoło. Dojeżdżamy do Villa el Chocon słynącej właśnie z elektrowni wodnej i tamy oraz ogromnych skamieniałości i śladów dinozaurów.

Autostop - woda Dinozaur
Na kolejnego kierowcę nie czekamy zbyt długo. Pakujemy się do samochodu chilijskiego adwokata, który właśnie wraca do Chile po rowerowych wakacjach w okolicach Neuquen. Auto jest niesamowicie zdezelowane, odpadają uszczelki, niedomykają okna, prawy bok obdarty, nie działa prędkościomierz i drogomierz. Kierowca jedzie bardzo powoli, wprawdzie zmierza tam gdzie my, ale w takim tempie brakujące 350 km pokonamy w jakieś 7-8 godzin…

Autostop - chilijczyk droga z adwokatem 2 droga z adwokatem kaja z tyłu

ł. jedzie z przodu, k. z tyłu wciśnięta między plecaki i przykryta kurtką, żeby słońce nie paliło. Rozmowa nie klei się zupełnie, więc większość czasu jedziemy w milczeniu. Po jakiejś godzinie ciszy, nasz kierowca decyduje się zagadać: “A zmieniając temat… wierzycie w Boga? Bo ja tak.” Dyskusja jednak się nie wywiązuje. Rozstajemy się w Piedra del Aguila, gdzie adwokat chce trochę odpocząć, a my chcemy jechać dalej.

Z parkingu obserwuje nas Pablo w granatowym citroenie. W końcu pyta dokąd chcemy jechać. Zostało nam trochę ponad 200 km do Bariloche. Pablo jedzie tam i jeszcze dalej na południe. Wsiadamy.

Klimatyzacja działa, jest wygodnie i przyjemnie. Pablo jedzie pewnie i momentami aż za szybko.

autostop Pablo Autostop Pablo 2
Niekiedy wjeżdżamy w chmury kurzu – to pył wulkaniczny po niedawnej erupcji w Chile.
Autostop Pablo 4 Autostop Pablo 3
Przy drodze widać guanako i strusie! Jest coraz mniej płasko. Patagońskie widoki coraz piękniejsze.
Autostop Pablo 5 Autostop Pablo 6 Autostop Pablo 7 Autostop Pablo 8
Autostop Pablo 10 Autostop Pablo 9

Po drodze w citroenie zaczyna migać kontrolka “service”.

Pablo Auto 2 Pablo - Auto
Na poboczu Pablo diagnozuje usterkę: filtr powietrza. Scyzorykiem pożyczonym od k., wykręca go w całości, po czym chowa do bagażnika. Problem z głowy, kontrolka “service” gaśnie. Jedziemy dalej.

Autostop Pablo 11 Autostop Pablo 14Autostop Pablo 12 Autostop Pablo 13  Autostop Pablo 15 Autostop Pablo 16

Żegnamy się z Pablo ok. 18tej przy dworcu autobusowym w Bariloche. Znajdujemy fantastyczny hostel – Solentiname, w supermarkecie robimy zakupy, a potem gotujemy sobie kolację. Na bogato, bo to nasza pierwsza noc w Patagonii! Jest wino i truskawki na deser. I widok na jezioro Nahuel Huapi.

kolacja Bariloche 2 kolacja Bariloche

Yojoa

15. Grudnia

Budzimy się wcześnie, zjadamy na śniadanie naleśniki z jagodami i trochę się obijamy w naszym hostelu w centrum dżungli. Obserwujemy kolibry, pijemy kawę, korzystamy z wifi (w końcu!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA 

Ostatecznie pakujemy wodę i środek przeciwko komarom (bo można złapać dengę!) i wyruszamy w drogę. Pan sprzedający sok z patyka (czyli z trzciny cukrowej) poleca nam wycieczkę na pobliskie wzgórze:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie mieliśmy tego w planach, ale pogoda jest ładna, mamy cały dzień i nigdzie się nam nie spieszy, więc idziemy zobaczyć z góry miasteczko Peña Blanca oraz Yojoa – największe jezioro w Hondurasie. Tutejsze góry są zupełnie jak Beskidy, tylko zamiast świerków są bananowce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niecałą godzinę później, spoceni nieziemsko, bo wilgoć okrutna, docieramy na szczyt!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Błotnistymi ścieżkami schodzimy w dół i przechodzimy przez wielką plantację kawy. Dorośli pracują, dzieci się bawią.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Docieramy do głównej drogi i monitorujemy sytuację.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wystawiamy kciuk i znów zatrzymuje się pierwszy samochód. Dowozi nas do centrum Peña Blanca, skąd autobusem docieramy do pięknego, 43-metrowego wodospadu Pulhapanzak.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do hostelu znów jedziemy stopem, zaskoczeni, że jest to tutaj takie proste! Wieczór mija przy komputerach i dobrym piwie, bo D&D to także browar! 🙂

 

Mahahual

23. Listopada

Calutki dzień schodzi nam na zwiedzaniu miasteczka…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i obijaniu się na plaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Obserwujemy amerykańskich turystów, którzy dotarli tu wielkim statkiem (takie statki przypływają do Mahahual kilka razy w tygodniu).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mamy też przed sobą kilka trudnych decyzji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolację jemy u pana Mojżesza – ł. tamales z kurczakiem, a k. wegetariańską kanapkę z tuńczykiem, marchewką, ziemniakami, serem i pieczarkami, przygotowaną z takim namaszczeniem, że z całą pewnością nie jest to “comida rapida” (czyli fast food). Ale jest to bezwzględnie najlepsza meksykańska kanapka (czyli torta).

Kładziemy się spać zmęczeni upałem. Czeka nas wczesna pobudka, wyjazd do Chetumal i przeprawa przez granicę. Do Belize.


22. Listopada

Planowaliśmy jeszcze dziś dotrzeć do Belize, ale z uwagi na pewne kłopoty imigracyjne (o których jeszcze będzie), postanowiliśmy zaczekać z tym do poniedziałku. Nasz hostel – La Cigana – pęka w szwach, więc tak czy siak musimy się ruszyć. Za radą Bogdana jedziemy do Mahahual, maleńkiej osady nad Morzem Karaibskim, 50km od głównej drogi do granicy z Belize. Ostatni spacer po Tulum…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i w kilku ratach dostajemy się na skrzyżowanie kawałek za Limones, skąd mamy blisko godzinę drogi do wybrzeża. I zasadniczo brak transportu publicznego. To łapiemy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ciągu 15 minut przejeżdzają tędy tylko 4 samochody. Ostatecznie zatrzymuje się taksówka za 100 peso (czyli 25 zł. Za 50km). Kręcimy nosami, a chwilę później wsiadamy. Ostateczna cena 60 Peso (czyli 15 zł. Za 50 km :))

W Mahahual na stałe mieszka niecały tysiąc osób, jest też trochę pracowników sezonowych (hotele, restauracje) i dosłownie garstka turystów, bo to jednak nie jest główny szlak. Przypadkowo znajdujemy wyjątkowo tani hostel (a w naszym pokoju znajdujemy Westona – chłopaka, którego widzieliśmy już wcześniej w Tulum!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeszcze przed kolacją idziemy na plażę. Pływamy aż robi się całkiem ciemno. Woda jest ciepła i przyjemna, a niebo pełne gwiazd. Myślimy o tym, jak tam w Polsce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wes wybiera się z nami na drinka na plażę. Jest sobotni wieczór, ale jest cicho, knajpy świecą pustkamii, więc obsługa zaprasza (jedna dziewczyna nawet woła do nas “hi gays”, zamiast “hi guys”, co rozbawia nas nieprzeciętnie. Skąd wiedziała? 🙂 ) Ostatecznie nachalny kelner naciąga nas na promocję Miami Vice*, ale za to dostajemy dodatkowo trzy darmowe Margarity. I tak mija nam sobota.

* Promocja nazywa się “dwa w cenie jednego”, więc ł. i k. decydują się na drinka “Miami Vice”. Ostatecznie na rachunku i tak płacimy za napoje regularną cenę, bo okazuje się, że dostaliśmy drinki podwójne (tak jakby “miami” i “vice” były dwoma osobnymi drinkami). Czekamy na promocję dwa w cenie trzech 🙂

Santa Cruz i Santa Maria

27.-28. października

Caltrain zabiera nas z San Francisco do Santa Cruz, miejsca polecanego przez Hanię i Wojtka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Docieramy na miejsce i idziemy szukać domu Alex’a. Alex nie jest użytkownikiem couchsurfingu, – jest przyjacielem jednego z aktywnych gospodarzy, który dzisiejszego dnia swoją sofę udostępnia komuś innemu, więc Alex przejmuje od niego nadwyżkę gości. Nasz gospodarz jest w pracy, więc zostawiamy bagaże w ogródku jego sąsiadki i idziemy zwiedzać okolicę. Przy okazji odkrywamy bardzo dobre jedzenie. Mission BBQ.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem spacerujemy po mieście, docieramy do plaży i bitą godzinę nie robimy nic (pierwszy raz na tym wyjeździe). Zaczęliśmy czytać książki! I ł. standardowo podjął próbę kąpieli w oceanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A potem przez opustoszałe Wesołe Miasteczko (szósty najstarszy rollercoaster w US!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I do domu. OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poznajemy Alexa, nauczyciela ze szkoły średniej i jego syna Maxa. Rozmawiamy o rowerowych i motocyklowych wyprawach, ale nie są to długie rozmowy. Wszyscy są zmęczeni, szybko kładziemy się spać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy wstajemy we wtorkowy poranek, Alexa już nie ma, wychodził do pracy po szóstej. Pakujemy się, (k. odkrywa, że jej ręcznik został w San Fran), jemy śniadanie i wyruszamy na autostradę nr 1. To przepiękna widokowo trasa samym wybrzeżem Pacyfiku. Droga dość kręta i niezbyt szeroka, więc nie jeżdżą tamtędy autobusy, a z uwagi na brak samochodu – chcemy do naszego kolejnego przystanku dotrzeć autostopem. W Santa Barbara czeka na nas couchsurfingowa gospodyni – Ursula.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Trzeba przyznać, że nie jest łatwo. Najpierw młody student podwozi nas może z 10 mil. Kolejne 20 do Monterey pokonujemy ze Stefanem, schorowanym starszym mężczyzną. Potem dosłownie kawałek (przed Carmel) z młodą dziewczyną. Stamtąd zabiera nas Tom Davies – artysta malarz (!) i wyrzuca nas w Big Sur, skąd zgarniają nas dwaj młodzi Niemcy. Cieszymy się, bo przez 5 godzin przejechaliśmy raptem 1/4 drogi…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z nimi, też jedziemy nie za długo, aż do stacji benzynowej i tam kwitniemy dobrą godzinę. Mija nas pewien młody chłopak i z rozbawieniem zerka na nas…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I ostatecznie, zawraca i zabiera nas dłuższy kawałek. Droga jest przepiękna, bardzo malownicza, zachwycająca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

David ma 25 lat, dużo pali i jest bardzo sympatyczny. Jedziemy, gadamy, słuchamy Nirvany…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zatrzymujemy się czasem, żeby porobić zdjęcia, bo widoki naprawdę są niezwykłe, np. obserwujemy wylegujące się foki…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Santa Marii jemy razem kolację w supermarkecie i rozstajemy się. Jest ciemno. Do Santa Barbary jeszcze ok. 90 mil, autobusy dziś już nie kursują, na autostop za późno. Przez booking.com znajdujemy Holiday Motel i dajemy Ursuli znać, że nie dotrzemy do niej. Motel jest bardzo blisko, maszerujemy parę minut i ostatecznie, bardzo zmęczeni pakujemy się do naszego pokoju… z widokiem na ścianę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z Whitehorse do Chilliwack, czyli 55 godzin w ciężarówce

8-10. października

Na hasło „Autostopem po Ameryce” włącza się najczęściej taki stereotypowy obrazek: amerykańska autostrada 66, palące słońce (że tak aż powietrze drży nad asfaltem), jakaś opustoszała stacja benzynowa, wiatr hulający po bezdrożach (i takie suche kłęby krzaków) i zatrzymujący się przy drodze kierowca ciężarówki. I teraz jeszcze – jaki jest taki stereotypowy kierowca ciężarówki? No na pewno grubo po pięćdziesiątce, z brzuchem, w przepoconym t-shircie, z wąsem i może bródką, może w czapce bejsbolowej, w dżinsach uwalanych smarem. I jedzie dokładnie tam, gdzie chcesz, chociaż nie koniecznie masz ochotę na towarzystwo takiego erotomana gawędziarza.

No to teraz zmiana scenerii. Dalej Ameryka i dalej autostrada. Tyle, że północ Kanady, mrozik, pusta autostrada, a nawet jak ktoś przejeżdża to nawet nie zwalnia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nagle zatrzymuje się ciężarówka z Ronem na pokładzie. I Ron jest taki:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedzie do Watson Lake. My też. To dość daleko, 5h drogi, przy takiej pogodzie może nawet 6. Chcemy tam zobaczyć Las Znaków Drogowych i znaleźć nocleg. Tak naprawdę na kolejne dni mamy zaplanowane jeszcze dłuższe odcinki, bo taka jest Kanada… duża i mało zaludniona.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA     OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy więc z Ronem do Watson Lake, jest wesoło, Ron opowiada sprośne historyjki (ciekawe ile z tych dokonań mu się tylko przyśniło) i inne swoje ciężarówkowe przygody. Słuchamy też radia albo śpiewamy piosenki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu dojeżdżamy do Watson Lake, robimy postój na zdjęcia …

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  Były nawet znaki z Polski i z Tychów!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jemy sobie potem ładnie kolację w supermarkecie (jakieś wyschnięte frytki) i okazuje się, że Ron jedzie dalej w naszym kierunku. Zjeżdża z Alaska Highway na Cassiar Highway, żeby jutro dotrzeć do Prince George. Wymieniamy z Ł. Porozumiewawcze spojrzenia i pytamy, czy możemy z nim jechać dalej. No bo w zasadzie jest chłodno, droga daleka, w Kanadzie autostop nie jest mile widziany, kierowcom odradza się zgarnianie z poboczy backpackerów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A ciężarówka Rona jest ciepła i przytulna, Ron jest dobrym towarzyszem podróży, prowadzi dobrze (szybko, ale pewnie) no i do tego, jedzie kolejny, bardzo długi odcinek. Co prawda mówi bardzo dużo (gdzie jest wyłącznik?) i nieustannie każe nam oglądać najróżniejsze zdjęcia na swoim smartfonie (najpierw na pierwszym, potem na drugim, a potem na trzecim… czekamy na kolejny, bo pewnie gdzieś jest.), ale ostatecznie pierwszego dnia pokonujemy z nim tego dnia trochę ponad 1000 km (!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Śpimy w ciężarówce, bagaże przymocowane na przyczepie i zapakowane w plandekę. Ron śpi w swoim łóżku, Ł. Na materacu nad nim, a k. na przednich fotelach, głowa na siedzeniu pasażera, tyłek na plastikowej lodówce (nie zarwała się) i nogi na siedzeniu kierowcy. Drążek zmiany biegów wbija się w plecy przy każdym ruchu, ale jest widok na nocne niebo, a k. czeka na zorzę.

Ron budzi się o 4 rano i przez dwie godziny przejedża 198km, po czym znów kładzie się spać. Potem jedziemy długo bez przerwy Szlakiem Gorączki Złota, mijamy piękne miejsca i urokliwe miasteczka, np. Huston z największą na świecie wędką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Albo Quesnel żywcem wyjęte z filmów o dzikim zachodzie, albo urokliwe Moricetown z pięknymi widokami na rzekę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu wieczorem docieramy do Prince George. Po krótkiej naradzie pytamy Rona, czy… zabierze nas do Vancouver, bo to jest w zasadzie jego cel (tak jak i nasz). Ron nie ma nic przeciwko. Odpakowujemy plecaki z plandeki (niestety częściowo zamokły, bo padało) znajdujemy czyste ciuchy i dzięki lojalnościowym punktom Rona bierzemy za darmo prysznic na stacji benzynowej.Ron jest tak przekonany, że jesteśmy parą, że prawie pakuje nas pod jeden prysznic i dziwi się, że protestujemy, ale póki co, nie wyprowadzamy go z błędu. Po kolacji jedziemy jeszcze ze dwie godziny (łącznie tego dnia zrobiliśmy trochę ponad 800km) i znowu nocujemy w ciężarówce. k. znowu czeka na zorzę, ale jest pełnia księżyca i mimo, że niebo jest relatywnie czyste – zorzy nie widać.

W piątek jedziemy już bez pośpiechu, do Vancouver tylko 6 godzin jazdy, więc zatrzymujemy się w kilku  miejscach, na śniadanie, na zdjęcia, na kawę z Wendy (Patrz „Spotkani”), na lody, na owoce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zjeżdżamy z wysokich gór w obszar zupełnie płaski i jedziemy przez pola, a potem znów wjeżdżamy w takie nasze Beskidy. Gdyby nie to, że nie ma żadnych billboardów i reklam, można by pomyśleć, że to Węgierska Górka. W końcu jedziemy przez tunele w górach w Kanionie rzeki Fraser, obok Bramy do Piekła, a Ron w każdym tunelu pociąga za sznurek i jego ciężarówka trąbi radośnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zatrzymujemy się w Chilliwack i tu – nieoczekiwana zmiana planów, idziemy na kolację do chińskiego bufetu razem z dwoma ciężarówkowymi kolegami Rona. Jest już ciemno i pada deszcz, więc Ron stwierdza, że tutaj zostaniemy na noc, a jutro dostaniemy podwózkę do Delty i stamtąd już (nareszcie) będziemy mogli dokulać się do Vancouver. Mamy z nim z nim dużo szczęścia, ale … co za dużo to nie zdrowo 🙂

Podsumowując ostatnie trzy dni: przejechaliśmy z Ronem ponad 2300 km w ciągu ok. 55 godzin.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tok

06. października

Jeff serwuje nam kolejny wyborny posiłek – bekon i tosty smażone z jajkami, wanilią i cynamonem. Do tego gorąca kawa. Pakujemy zabawki i wychodzimy z tej maleńkiej chatki. Wysiadamy pod hotelem Eddie’s i żegnamy się. Pogoda jest lepsza, przestał padać śnieg, ale jest bardzo zimno i do tego drogi są naprawdę bardzo śliskie. Zaczynamy jeden z trudniejszych odcinków tej wyprawy, jeszcze dziś powinniśmy dotrzeć do Kanady.

05. października

Ostatnie wspólne śniadanie w Anchorage. Barbara robi naleśniki z jagodami, do tego mocca i ostatnie historie z Orionem. Przed dziewiątą wyruszamy w domu, Barbara, Larry i Orion przed wyjściem na basen zawożą nas na ostatnią na północ drogę wyjazdową z miasta, żegnamy się, ściskamy i znowu jesteśmy zdani na dobrych ludzi po drodze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo szybko zatrzymuje się pierwszy samochód – Koreanka z Hawajów podróżująca ze swoją 9-letnią córką z zespołem Downa, podwozi nas do Palmer, gdzie jedzie na zjazd świadków Jehowy. Dostajemy broszurę religijną i wystawiamy kciuki. Kolejny odcinek podwozi nas sześciesięcio-paro letnia Linda, mieszkająca sama w środku lasu, z dużą ilością broni, raczej stroniąca od ludzi. Wyrzuca nas przed Sutton, skąd zabiera nas młoda Tylene, w piżamie z myszką miki. Z entuzjazmem opowiada o życiu w środku lasu, o chodzeniu po górach, dzikiej przyrodzie. Gada jak katarynka i jest taka żywiołowa. Pogoda jest coraz gorsza, chmury coraz niżej, w górach pada śnieg. Tylene wyrzuca nas w Chickaloon przy opustoszałym motelu, gdzie przez pierwszy kwadrans przejeżdża 1 samochód.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kwitniemy tam bitą godzinę, skaczemy, biegamy, łazimy, bo raz że nudno a dwa że serio zimno. Ostatecznie młody żołnierz, Afroamerykanin, zatrzymuje się i jedziemy z nim prawie bez gadania (bo muzyka gra bardzo głośno), aż do Glennallen, czyli blisko dwie godziny. Pada mokry śnieg, napadało go już bardzo dużo, drogi są śliskie, widoczność niewielka. Na stacji benzynowej wsuwamy hot doga (najgorsze) i wychodzimy na ten ziąb, bo do Tok mamy jeszcze blisko 150 mil.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu zatrzymuje się duży truck i wysiada Jeff, uśmiechnięty czterdziesto-kilku latek. Ściska nam dłoń i nie kryje radości gdy dowiaduje się, że jedziemy tam gdzie on. Jedziemy w śnieżycy i gadamy bez przerwy. k. gra parę piosenek na ukulele i śpiewamy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest wesoło, ciepło i tak miło, że Jeff proponuje, żebyśmy u niego przenocowali. Ma małą chatkę w centrum lasu, z generatorem prądu i kominkiem na drewno. W Tok odwiedzamy supermarket (zakupy na kolację) i monopolowy i jedziemy do domu. Jeff częstuje nas przepysznym taco z łosiem (moose tacos), a potem na deser robimy sałatkę owocową. W międzyczasie na herbatę wpada Denise, przyjechała na nartach tak tylko się przywitać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po kolacji wychodzimy przed dom i Jeff pokazuje nam jak się strzela. Strzelamy do puszki z piwa i wracamy do środka, bo jest naprawdę chłodno. Do późnego wieczora gadamy,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeff z pasją opowiada o swojej pracy i o polowaniach, pijemy alaskańskie piwo, zaśmiewamy się do łez.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest trochę surrealistycznie, kominek, skóry zwierząt (w tym Fluffy, czyli wielki niedźwiedź na podłodze), poroża łosi i karibu, okno z widokiem na przykryty śniegiem las, oświetlony księżycem. Wychodzimy na moment, żeby rzucić się w grubą kołdrę śniegu i robić orły. Jeff zdejmuje koszulę i gołymi plecami kładzie się w śniegu. Po czym wyje jak wilk. Kładziemy się bardzo późno, mimo że Jeff następnego dnia idzie do pracy.

 

W nocy, kolejne nieudane podejście do zorzy polarnej, niestety za dużo chmur i tylko niekiedy przedziera się przez nie księżyc.

Whittier – Seward – Homer

04. października

W nocy budzi nas deszcz. W Homer leje. Na szczęście jak tylko wstajemy, zaczyna się rozpogadzać. Niebo jest zachmurzone, ale światło słoneczne niesamowicie układa się na zboczach okolicznych gór i spokojnym morzu. Bob robi dla nas przepyszną jajecznicę z pieczonym łososiem, pijemy kawę, pakujemy plecaki i jedziemy na plażę jego Fordem Rangerem z 1967 roku!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przejeżdżamy przez opustoszałe miasto, większość lokali, sklepików z rękodziełem, galerii będzie zamknięta aż do wiosny. Wiele łodzi i statków wypłynęło dziś na połów. Docieramy do najbardziej na zachód wysuniętej części kontynentu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wstępujemy na targ i kupujemy białe marchewki, a potem Bob zawozi nas do Point Anchor, skąd będziemy próbowali autostopem wrócić do Anchorage.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ledwo wystawiliśmy kciuki i zatrzymuje się John. Początkowo małomówny (powiedział, że jedzie tylko do Ninilchik) ostatecznie tak się rozkręca, że dowiozi nas aż do Soldotny (czyli jedynie 65km dalej niż planował jechać). Stamtąd jedziemy kawałek do przedmieść Sterling, a potem zgarnia nas pick-up, który nie ma miejsca w środku, więc jedziemy na pace (i wiałoooo).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A potem jeszcze kawałek z dziewczyną z Idaho, aż do Cooper Landing, gdzie lało nieziemsko, a potem z facetem z Maine, aż w końcu trafiamy na szaloną mamę z córką i jeszcze innym autostopowiczem z Filipin, którego nota bene widzieliśmy rano w Anchor Point (patrz “Spotkani”) w starym rozklekotanym trucku z wielką przyczepą. Nieprzepisowo szybko docieramy do Anchorage.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Larry i Orion odbierają nas z parkingu przy Wendy’s i jedziemy do domu, gdzie spędzamy przemiły rodzinny wieczór. Barbara zrobiła pyszną kolację – lasagne. Na deser świeżo upieczone gorące ciasteczka z czekoladą (chocolate chip cookies!), w międzyczasie pranie (bo czysta bielizna się skończyła), a potem rozmowy, czytanie książeczek i rysowanie z Orionem, naprawdę bardzo ciepło i domowo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

03. października

Wyruszamy rankiem na wycieczkę do Seward. Ł. siedzi z przodu i rozmawia z Larry’m, a k. siedzi z tyłu i razem z Orionem czyta książeczki z obrazkami. Pierwszy przystanek mamy zaraz przy autostradzie po wyjeździe z Anchorage. Obserwujemy kozice.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA         OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Odbijamy trochę w lewo, żeby dotrzeć do Whittier, maleńkiego miasta otoczonego górami pokrytymi ogromnym lodowcem. Dla k. to pierwsza okazja w życiu, żeby podziwiać lodowiec i niewielkie dryfujące w jeziorze góry lodowe. Jedyna droga do Whittier prowadzi przez ponad 2-milowy tunel. Innej drogi nie ma, chyba, że łodzią. Wszyscy mieszkańcy Whittier mieszkają w jednym bloku. Jest nowy. W starym podobno straszy. Niektórzy przez cały rok nie opuszczają mieszkań. Miasto wygląda przygnębiająco, szczególnie, że jest mocno po sezonie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Następny przystanek to… pobocze. Zostajemy zatrzymani przez policję (jak w filmie) i niestety okazuje się, że trochę przekroczyliśmy prędkość. I jest tak, jak słyszeliśmy z opowieści. Z przepisami nie ma dyskusji.

Docieramy do Seward. Jemy pysznego halibuta na obiad i spędzamy całkiem sporo czasu w Centrum Życia Morskiego, gdzie obserwujemy foki, lwa morskiego, halibuty, łososie, węgorze, kraby i ośmiornice. Nawet można dotknąć (!) rozgwiazdy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Larry podwozi nas do rozwidlenia dróg, gdzie żegnamy się na jakiś czas. On i Orion wracają do domu, do Anchorage, a my łapiemy stopa do Homer, dokąd mamy jakieś 200km. Pierwszy samochód, prowadzony przez harley’owca Dave’a (patrz “Spotkani”) podwozi nas do miasteczka Soldatna. Stoimy przy drodze obserwując samochody i nagle łapie nas słodki zapach świeżego ciasta. Idziemy w jego kierunku aż znajdujemy kawiarnię The Moose is Loose z gigantycznym wyborem ciasteczek i gadżetów z łosiami. Kupujemy po ciastku i kawie i idziemy łapać dalej.

Krótki odcinek podwozi nas młody chłopak z wytatuowanym pająkiem w centrum czaszki, potem Inupiatka Maria ( też w “Spotkanych”), która zabiera nas na plażę skąd widać trzy wulkany i jednego orła – bielika amerykańskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z Ninilchik aż do samego Homer dowozi nas para Włochów, która od kilku dni podróżuje po Alasce wynajętym samochodem. W końcu po 19.00 docieramy do Boba, o którym więcej w “Spotkanych”.

Bob zabiera nas na przejażdżce po Homer, mimo że już ciemno. Ł. dostaje na drogę piwo, a k. herbatę w zwykłym porcelanowym kubku. Wstępujemy do kultowej knajpki w latarni morskiej – The Salty Dawg Saloon, gdzie ściany wyłożone są banknotami dolarowymi, w wieży latarni, tam gdzie światło, leży głowa kobiety, która rzekomo wypatruje swojego mężczyzny, który wyruszył w morze. Wieczór spędzamy w Kharacters, lokalnym barze, gdzie Bob umówił się z Maurą i Jimem. Obrazek jest taki: knajpka zadymiona, bo chyba wszyscy – poza nami – palą. Przemiła barmanka o pięknym imieniu Future – serwuje nam bardzo dobre lokalne piwo. W odległym kącie śpiewa i gra na gitarze gra młody, przystojny Brytyjczyk z pokaźną brodą, mężczyźni grają w bilard. Jak w filmie. Trudno uwierzyć, że gramy w tej scenie.

homer singer

Wracamy po 23.ciej i szybko zasypiamy w laboratorium Boba*.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

*Bob wyrabia porcelanowe implanty zębów i ulokował nam materac dmuchany między swoją pracownią a kuchnią.