Meksyk oczami ł.

lukasz w tulum

No nareszcie – pomyślałem przekraczając granicę USA z Meksykiem. Nareszcie latynoskie klimaty, dobre jedzenie, fajniejsi ludzie, bardziej kolorowo i egzotycznie. Oczywiście też bardziej głośno, brudno, chaotycznie. Wystarczy przekroczyć najpilniej strzeżoną granicę świata (choć strzeżona akurat bardziej w drugą stronę) i parę kroków i jest się w innym świecie. No i się nie zawiodłem.

Choć Meksyk pierwszego dnia jeszcze jakoś wyjątkowo nie zachwycił. Było tak jak się spodziewałem, a może nawet lepiej, bo o Tijuanie nasłuchaliśmy się wiele złego, a było całkiem przyjemnie. Ale północ Meksyku nie jest aż tak ciekawa jak południe i wschód. Przede wszystkim szkoda, że nie świętowali tam Dia de los muertos, na które tak spieszyliśmy do Meksyku. W stolicy, albo w innych regionach była fiesta, w Tijuanie – cisza. Ale im dalej, tym było ciekawiej.

To co na początku i przez cały Meksyk zachwycało to na pewno jedzenie. Nie zaryzykuję, że najlepsze na świecie, ale jedno z lepszych na pewno. Różnorodność, no i wiedzą jak doprawić. Pierwszego dnia naliczyliśmy, że jedliśmy 8 razy… chciało się wszystkiego próbować: tacos, burritos, ceviche, fajitas, ryby, owoce morza. Taaaak! Pieczywa i ciastek za to nie potrafią robić. Fu. Słodycze też nie tak dobre jak np. w Kolumbii. Mają swoją cajetę, czyli coś ala dulce de leche, ale do tego z Ameryki Południowej mu daleko. Soki są przefantastyczne. I wszelkie ich wariacje: pomieszają co tylko chcesz, masz ochotę na buraka z ananasem, pietruszkę z mango… proszę bardzo.

Ludzie – najpierw bez wow!, ale bardzo pozytywnie. A to nas pan zagadał przy śniadaniu na targu i po prostu sam z siebie zaproponował podrzucenie na dworzec autobusowy. A to codzienne poranne buenos dias od pana z piekarni, czy od soków, gdy tylko się przechodziło ulicą Mexico City. W Chiapas trochę wycofani i mało kontaktowi Majowie, na Jukatanie chyba najlepiej, bo największa mieszanka, choć i też najbardziej rozpuszczeni przez turystów.

Wszędzie sprzedawcy wszystkiego, wszędzie muzyka, wszyscy rozgadani i rozkrzyczani. No może to trochę przeszkadzać na początku, ale to chyba i tak łagodniejsza wersja tego co nas czeka potem. Upierdliwi sprzedawcy najbardziej psują urok Teotihuacan, które mnie rozczarowało absolutnie. Jedne z większych ruin Azteckich, przy których potyka się o tłumy turystów i chyba jeszcze większe sprzedawców biżuterii i pierdoł wszelakich, tracą cały urok. Nie!

Na liście najlepszych miejsc na pewno znajdzie się Guadalajara – najbardziej alternatywne meksykańskie miasto, w którym byliśmy: capoeira na ulicach, gimnastycy, artyści, street art… a życie toczy się na dziesiątkach placów. Mazatlan – najdłuższy nadmorski deptak świata, szerokie plaże, mariachi – same dobre wspomnienia bo chillout tam sobie zrobiliśmy dwudniowy. No i Tulum na Jukatanie – może nie jakoś wyjątkowo piękne, ale gdy tylko zejdzie się z głównego deptaka, to spokojna, leniwa, nadmorska mieścina z najlepszymi rybami na tym wyjeździe.

Mexico city świetne na kilka dni, ale nie do życia. Tłum, chaos, hałas, ścisk. Odległości męczące też, no bo skoro jazda z centrum na uniwersytet zajmuje w najlepszym razie półtorej godziny, to łatwo nie jest. Kontrasty widać tu jak nigdzie indziej: jest Zona Rosa i kilka innych fancy dzielnic, w których ceny w knajpach odstraszają większość mieszkańców, są i dzielnice ogromnej biedy, głównie na przedmieściach. I tu też, wbrew ostrzeżeniom, czułem się zupełnie bezpiecznie. Nawet w nocy wracając metrem i spacerem przez centrum, czy dzielnicę, w której mieszkaliśmy.

Na Meksyk w czasie, w którym byliśmy trzeba spojrzeć jeszcze z innej strony. Ze strony protestów, manifestacji, marszów i strajków. Codziennie w całym kraju ludzie, głównie młodzi, wychodzili na ulice, po tym co stało się pod koniec września w Iguali, czyli po uprowadzeniu i najprawdopodobniej zamordowaniu 43 studentów. Przez policję i wojsko. Takiej mobilizacji tysięcy ludzi chyba jeszcze nie widziałem. Sami mówili, że nie było jeszcze tak zjednoczonego Meksyku od 200 lat, czyli od czasów rewolucji. Chcieli prawdy, dymisji polityków i ukarania winnych. Na razie osiągnęli tylko jedno – o sprawie usłyszał świat. A to też ważne.

Jedno wiem – wrócić trzeba. Do Mexico City na imprezę, bo to dość rozrywkowe miasto i jest co robić. Do Guadalajary – posnuć się w tym klimacie, posiedzieć na tych dziesiątkach placów i porobić nic. Do Tulum i okolic – ponurkować, bo po pierwszym razie chce się więcej, a cenoty do tego nadają się idealnie. Do Mahahual – na plażę i do chyba najwolniej płynącego życia w Meksyku. Do Oaxaci – przekonać się do mezcalu, który tam produkują i spróbować tacos z robakami… jakoś teraz brakło odwagi. Do San Cristobal de las Casas i całego stanu Chiapas – zobaczyć obrzędy Majów i pochodzić po górach… takie meksykańskie Beskidy. Poza tym pojechać do Puebli i Guanajuato, o których parę osób nam wspominało, jako o jednych z ładniejszych miast. Do miasta i stanu Chihuahua – też pochodzić po górach, wyższe. No i dla samej pieczątki na wysyłanej kartce: Chihuahua, Chihuahua. Może też zajrzeć wyżej na Jukatan, by przekonać się, czy Cancun jest faktycznie tak brzydkie i wybetonowane hotelami jak mówią. Jest i stan Tabasco, który też dla samej nazwy fajnie byłoby przejechać. Z reporterskiej ciekawości wjechałbym też do dwóch teraz najniebezpieczniejszych stanów: Michoacan i Guerrero, czyli tam gdzie zamordowali studentów. To miejsca, gdzie rządzi mafia narkotykowa: korupcja, rozboje, morderstwa… a sytuacja pogarsza się z każdym miesiącem. Kiedyś tak było na północy, teraz na południowym-zachodzie. Ale dla białasów to naprawdę jest bezpieczny kraj.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s