Kanada – Podsumowanie

Kanada: 6.-13. października

Trasa:

Beaver Creek / granica z Kanadą – Whitehorse 454 km
Whitehorse – Vancouver 2400 km
Vancouver – Victoria 113 km
Victora – Vancouver 113 km
Vancouver – White Rock / granica z USA 49 km

W ciągu 7 dni przejechaliśmy 3129 km, z czego 2854 autostopem. Za transport i noclegi zapłaciliśmy tylko w Vancouver, czyli przez 2 ostatnie dni.

Za nami w sumie 6065 km, czyli … w 9% całego czasu podróży pokonaliśmy ok. 24% dystansu. Teraz będzie wolniej…

Kanada oczami k.

Kanada jest wielka i pusta. To żadne odkrycie, ale na pewno inaczej odczuwa się to będąc autostopowiczem, z planem przejechania dwóch prowincji w październiku. Krajobrazy nie mieszczą się w słowach. Góry są ogromne, rzeki szerokie, wszystko dodatkowo ubrane w kolory jesieni. Bajka.

Ludzie. Nie poznaliśmy ich zbyt wielu z uwagi na to, że 3/7 wyjazdu spędziliśmy w … ciężarówce z Ronem. Ale ogólne wrażenia – bardzo dobre 🙂 Nasz couchsurfingowy gospodarz z Whitehorse również spisał się znakomicie. W oczy rzucało się dużo rdzennej ludności Amerykańskiej oraz Azjaci. Bardzo wielu z nich – ze sporą nadwagą.

Jedzenie. Bez odkryć, ale dwie sieciówki warte polecenia – QD z lodami (tylko trzeba brać małą porcję, bo średnia to chyba pół litowy kubek lodów, a duża to litr, jak nic); no i Tim Hortons, czyli kanadyjski konkurent McDonald’s. Dobre śniadania i w miarę przyzwoita kawa.

Ceny. Kanada jest droga. Mam wrażenie, że sporo droższa niż Alaska. Znaczek pocztowy kosztuje 2,50 CAD, czyli prawie 8 zł. Do tego ceny w większości punktów usługowych podawane są bez podatku, więc wielokrotnie okazywało się, że skrupulatnie wyliczona gotówka to … za mało.

Vancouver. Pierwszego dnia miasto zaskoczyło negatywnie. Brudno, dużo żebraków, wszędzie zapach trawki i niespecjalna pogoda. Ostatniego dnia zaskoczyło pozytywnie, bo przede wszystkim miało padać, a zaczęło dopiero jak wsiedliśmy do autokaru do Seattle. W kanadyjskie święto dziękczynienia (13.10.2014), odkryliśmy inne dzielnice poza Downtown, było dość ładnie i całkiem ciekawie.

Kryzys. Zaraz po przekroczeniu kanadyjskiej granicy dopadł mnie pierwszy kryzys podróży, autostopowa frustracja, zmęczenie i zimno dały o sobie znać i wpadłam w taki marudny nastrój. Na szczęście udzielił mi się dobry nastrój Nolana z Whitehorse, zjedliśmy pizzę z bizonem, pograliśmy i pośpiewaliśmy i przeszło.

Kanada. Czy chciałabym wrócić? Może.  Ale niekoniecznie. Cieszę się, że tu byłam, to był naprawdę bardzo ważny kawałek tej wyprawy.

Kanada oczami ł.

‘Sama Kolumbia Brytyjska jest większa niż Francja, Holandia i Belgia razem. A wy robicie Kanadę w tydzień?’ – złapał się za głowę człowiek spotkany w autobusie w Victorii. I oczywiście miał rację. O Kanadzie dużo powiedzieć nie możemy, bo byliśmy tu zdecydowanie za krótko. Wiemy o tym doskonale.

Ponad 3 tysiące kilometrów w tydzień. Trochę szybko, ale od początku zakładaliśmy, że przez Kanadę tak naprawdę tylko przejedziemy. Zobaczymy co po drodze, ale nie będziemy się zagłębiać.

A to co po drodze… na pewno nie zachwyciło nas tak jak Alaska. Ani ludzie, ani pogoda, ani jedzenie. Coś czym Kanada może wygrać to ukształtowanie terenu i widoki. Droga od samego przekroczenia granicy do Whitehorse jest jedną z najładniejszych jakimi jechałem. Góry, góry, góry i jeziora. I pustka. Taki jest Jukon – region wielkości Hiszpanii z 35cioma tysiącami mieszkańców.  Im bardziej na południe tym było bardziej polsko. ‘Beskidy, a teraz Małopolska’ – tak mówiliśmy jak przejeżdżaliśmy tirem kolejne setki kilometrów.

Jedzenie, po alaskańskiej egzotyce, absolutnie nie powalało. Tłusto i tak… amerykańsko.

Generalnie było gorzej właśnie chyba dlatego, że mniej egzotycznie i bardziej cywilizowanie.  I ja chyba też mogę stwierdzić, że pierwszy kryzys był. Ale w innym momencie. Po dwóch i pół dniach w TIRze, gadającym ciągle i nieogarniętym kierowcy, miałem dość. Trzydniowa jazda ciężarówką i spanie w niej było przygodą i wszystko byłoby fantastycznie, gdyba nie kierował nią człowiek o latynoskim usposobieniu, który na wszystko miał czas, tylko zapominał, że chcemy dotrzeć do celu. No, ale dotarliśmy.

Vancouver na każdym kroku jest inne. Drapacze chmur jak na Manhattanie, a kilkadziesiąt metrów dalej małe drewniane domy, jak na prowincji. Dużo żebraków, bezdomnych i duża mieszanka etniczna: Chińczycy, Wietnamczycy, Hindusi…Miasto wydaje się dobrze zorganizowane, ale jakieś takie za grzeczne.

Czy chciałbym wrócić? Pewnie tak, bo czuję niedosyt, ale na Alaskę i tak chętniej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

One comment

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s