Am. Płd. oczami ł.

Ponad 4 lata temu w Kolumbii byłem pierwszy raz. To było w ogóle pierwsze zetknięcie z Ameryką Południową. Teraz też był to nasz pierwszy kraj w Południowej . I znowu zrobił wrażenie… hm… sympatyczne. Kolumbia nie ma wielkich atrakcji turystycznych typu Machu Picchu, które byłyby magnesem na tłumy turystów z całego świata. I całe szczęście. Coraz więcej ludzi do Kolumbii jeździ, ale absolutnie nie jest to jeszcze kraj zniszczony przez masową turystykę. Absolutny top Kolumbii to jej mieszkańcy. Są przemili, otwarci, zabawni i zabawowi. No i niezwykle pomocni. Pewnie to trochę dlatego, że przez dziesiątki lat wojny i terroru ze strony narkotykowych baronów, partyzantów i paramilitarnych byli zamknięci na świat i nikt tam nie przyjeżdżał. Tamte czasy to już jednak rozdział zamknięty. A nic tak dobrze nie zmienia wizerunku kraju niebezpiecznego i groźnego dla turysty, jak jego fantastyczni mieszkańcy. No bo gdzie indziej możnaby zostać zaproszonym na uliczną imprezę urodzinową w środku nocy, gdy wyszło się w piżamach z ciekawości sprawdzić skąd dobiega muzyka?

Wielkich atrakcji Kolumbia nie ma, ale miejsca ciekawe i ładne, owszem: Dolina Cocory z najwyższymi palmami na świecie; klimaciasta wioska indiańska Silvia położona w górach (z bardzo przyjaznymi i zazwyczaj ciut wstawionymi lub bardzo pijanymi Indianami); Popayan – białe miasto, w którym przez lata rządzili partyzanci i do którego wyskakiwali ze swoich obozowisk w dżungli, na zakupy; Cartagena – nazywana najładniejszym kolonialnym miastem Ameryki Południowej (raczej przesadnie, ale całkiem całkiem).

Przystanek numer dwa to Ekwador. I to jest zaskoczenie… numer jeden. Przede wszystkim dużo nowocześniejszy od kilku poprzednich krajów. Czysto, kierowcy nie używają klaksonów częściej niż kierunkowskazów i nawet przepuszczają na pasach, nie ma wszechobecnych handlarzy wszystkim. Czy to na pewno Ameryka Południowa? Niemcy! Ale jeśli Niemcy to taka Bawaria… są ludowe stroje, stragany, dużo się dzieje, no i jest bardziej bogato niż w większości państw Ameryki Łacińskiej. Jedno z indiańskich plemion w Otavalo na północy kraju jest uznawane za najbogatszą grupę rdzennych ludów w Ameryce Południowej. Ciekawy widok: kobiety w indiańskich strojach wysiadające z wypasionych fur.

Ale Ekwador to też, albo i przede wszystkim piękne otoczenie. Góry, wulkany, laguny, jeziora. Po dość monotonnej Kolumbii robiło wrażenie. W Ekwadorze byłem, jak do tej pory, najwyżej w życiu, czyli na 5 tysiącach metrów. Wejście z 4600, niby tylko 400 metrów przewyższenia, a męczy jakby się przebiegło maraton: tlenu niewiele, oddycha się ciężko, a wiatr hula. Ale wejście na Cotopaxi to było jedno z ciekawszych przeżyć. Dzień później kolejne niesamowite miejsce: laguna Quilotoa w kraterze wulkanu. Były też niziny i tereny po jednej z największych katastrof ekologicznych na świecie, czyli zatruciu ogromnej części dżungli przez koncern naftowy Chevron. Było i Banos, z jedną z najbardziej niesamowitych atrakcji – huśtawki nad przepaścią na drzewie z domkiem. O tak! Nie było wybrzeża, bo czasu za mało. Dlatego Ekwador jest w czołówce na liście miejsc: trzeba tam wrócić.

Na tej liście na pewno nie znajduje się Peru. No może kiedyś chciałbym zrobić trek w Cordillera Blanca, bo to musi być niesamowite miejsce. Poza tym Peru od początku rozczarowywało. Północ, przez którą wjechaliśmy, jest pustynna, szara, brzydka i brudna. Miasta to jedne wielkie stragany, głośne, zatłoczone i śmierdzące. Chcieliśmy od razu jechać dalej na południe i tak zrobliśmy. Lima? Już lepiej, choć w porównaniu z innymi dużymi miastami Południowej, też wypada kiepsko. Cusco może i jest perełką, ale zdecydowanie za bardzo turystyczną. Machu Picchu oczywiście, że wrażenie robi i dobrze, że poszliśmy, ale… raz wystarczy. Tłumy, tłumy, tłumy. Chyba najmilej zapamiętam Puno, nie tylko ze względu na to, że akurat trwała tam dzika karnawałowa impreza na ulicach… zresztą Puno zawsze się bawi. Pięknie położone nad jeziorem Titikaka, małe, klimaciaste miasto. I ludzie najprzyjaźniejsi w Peru.

Peru jest za to w czołówce w kategorii jedzenie i picie. To drugie to pyszne soki na każdym kroku i pisco sour – słodko kwaśny drink z limonką i jajkiem, o który Peru toczy spór z Chile, czyją własnością jest bardziej. A żarcie to przede wszystkim ceviche, które mogę jeść co dziennie. Mięso lamy też! Świnki morskiej nie udało się spróbować. Może to i lepiej.

Boliwia była już przeze mnie znana. I lubiana. To z pewnością najbardziej biedny i egzotyczny kraj na naszej trasie przez Południową. Po pierwszym razie w głowie był obraz pięknego, dziewiczego kraju, z trudnym andyjskim klimatem, dużymi wysokościami i… nieprzyjemnymi ludźmi. Teraz to ostatnie trochę się zmieniło. Indianie faktycznie raczej są mało przyjaźni, ale (głównie) w La Paz spotkałem mnóstwo fantastycznych Boliwijczyków. Z highlight jest jezioro Titikaka i wyspa słońca, jest La Paz i jest oczywiście Salar de Uyuni. Największa solniczka świata, niezmiennie robiąca wrażenie i wyzwalająca chęć robienia setek zdjęć.

Boliwia ma też linię kolejową, więc w końcu udało się pojechać pociągiem. Trasa zaplanowana na 5 godzin przeciągnęła się do 11, a kolejarze nie mogli wyjść ze zdziwienia, gdy próbowaliśmy reklamować bilety: dojechaliście na miejsce? Dojechaliście. To o co chodzi? Boliwia to też najgorsze drogi, autobusy i infrastruktura wszelaka.

Z powodów dla których zajrzałbym jeszcze raz do La Paz jest więzienie San Pedro, do którego próbowałem wbić kilka razy, ale zawsze odbijałem się od strażników, a raz od władz więzienia. Powiedzenie, że jestem dziennikarzem, tylko sprawę pogorszyło. Ale są tacy, którym udaje się wejść. Więzienie niesamowite, bo funkcjonuje jak miasto… osadzeni otwierają swoje zakłady, czy sklepy; za cele muszą płacić, a mieszkają tam z całymi rodzinami. Często więc dzieci rodzą się, wychowują i całe dzieciństwo spędzają za kratkami.

Przejście przez granicę do Argentyny to było przejście do innego świata. Europa! W pozytywnym i negatywnym znaczeniu. Przestało być egzotycznie, zaczęło być zwyczajnie. Cicho, czysto, z ‘normalnym’ (w europejskim pojęciu) jedzeniem, na autobusy kupuje się bilety, istnieje rozkład jazdy. Jest oczywiście drożej, choć nie tragicznie, bo dolary można wymienić na niebieskim rynku po całkiem niezłym kursie. Ceny więc zbliżone do polskich, oprócz autobusów, których ceny zbliżone są do samolotów. Drogość.

Każde miasto zachwycało bardziej i bardziej i bardziej. Architekturą, okolicą, ludźmi, jedzeniem. Aż do Buenos, które boskim jest i wygrywa zdecydowanie. Niektórzy narzekają na życie w stolicy i pewnie, jak wiele dużych miast, ma plusy ujemne, ale przy pobycie czterodniowym, nie przesłaniają one plusów dodatnich. Tam jest po prostu ładnie, a żyje się jak w Madrycie, czy Rzymie, albo Paryżu. Kultura południowa, czyli późne śniadania, kawa i gazeta w kawiarniach, powolny dzień z obowiązkową sjestą i bardzo późny obiad, tak po 22. A potem impreza. Mieliśmy też szczęście trafić na ciekawych i fajnych ludzi, dzięki którym poznaliśmy Buenos od strony tambylców.

Patagonia to jak inny kraj. I klimat, i ludzie, i te odległości. Jest surowo, jest pięknie, jest dziko, jest zimno. I wietrznie. Północ, jak mawiają starożytni, dupy nie urywa. Bariloche i okolice to taka Szwajcaria. Wszystko wymuskane, ładne domki, jeziora, góry. Jakoś za idealnie, ale urokliwie. Jeśli ktoś miałby ochotę na miesiąc miodowy to można. Nawet mamy fajny hostelik do polecenia. Im dalej na południe tym ciekawiej. I oczywiście zimniej. Miasta i wioski bywają ciekawsze, bywają brzydsze, ale krajobrazy, nawet jeśli monotonne, to faaaajne. Numer jeden to Fitz Roy koło El Chalten. Miejscowość przyjemna, a szczyt i okolica z widokami, lagunami, lasami i strumykami jest ah, oh, eh! Boska! Mi się podobało bardziej niż Perrito Moreno, czyli lodowiec, który oczywiście też robi wrażenie. To numer dwa Patagonii. Numer trzy to Ushuaia, która zaskoczyła swoją wielkością… myślałem, że to wioska, a to miasto pełną gębą. Nie dopisała pogoda i trochę się rozleniwiliśmy, nie było więc żadnych treków, ani morskich wycieczek. Następnym razem. Bo Ushuaia na pewno też jest na liście: wrócić trzeba. Trzeba!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s