Alaska – podsumowanie

Alaska: 27. września – 06. października

Trasa:

Barrow – Faribanks 800 km
Fairbanks – Talkeetna 440 km
Talkeetna – Anchorage 183 km
Anchorage – Whittier – Seward 230 km
Seward – Homer 270 km
Homer – Anchorage 356 km
Anchorage – Tok 512 km
Tok – Beaver Creek / granica z Kanadą 145 km

W ciągu 8 dni przejechaliśmy 2936 km, z czego 2136km autostopem. Trafił nam się tylko 1 autobus (koszt 1,5$). Nie zapłaciliśmy też za ani jeden nocleg, wszystkie dostaliśmy od dobrych ludzi. Tylko raz spaliśmy w hostelu, ale też za darmo, bo to już dzięki pocztówkowemu wsparciu.

Alaska oczami k.

Alaska jest taka, jak sobie wyobrażałam tylko o wiele lepsza. Przestrzenie są ogromne, przyroda zapiera dech w piersiach, ale bezwzględnie najciekawsze były spotkania i rozmowy.

Ludzie. Jestem pod ogromnym wrażeniem ludzi z Alaski. Są życzliwi, serdeczni i nieprawdopodobnie pracowici. Sami mówią, że Alaska to miejsce dla osób, które raczej nie są specjalnie towarzyskie. Przyjezdni z „Lower 48” to często ludzie aspołeczni, po traumatycznych przejściach (np. weterani) lub bohema artystyczna. Piękno natury rekompensuje wiele, ale jest ciężko – surowe warunki pogodowe, ciemność przez 3 miesiące w roku, ogromne odległości i pustkowia (Alaska jest ponad 5,5 razy większa od Polski i ma tylko trochę ponad 600 tysięcy mieszkańców, z czego połowa w Anchorage). Na Alasce człowiek często jest zdany sam na siebie, żeby zbudować dom, upolować łosia, naprawić ciężarówkę. Przetrwać. My spotykaliśmy głównie ludzi o nieprzeciętnej otwartości, gościnności i chęci dzielenia się tym, co mają, bez jakichkolwiek oczekiwań. To chyba dobre miejsce, żeby wszystkim jeszcze raz podziękować. Mieliśmy tyyyyle szczęścia, że uczestniczyliście w tej podróży.

Wbrew temu, co czytałam wcześniej o Amerykanach i ich przywiązaniu do wiary, większość spotkanych osób nie była religijna. Mijaliśmy sporo kościołów, ale trafialiśmy albo na ateistów albo na przeciwników religii.

Domy. Najczęściej nie są zamykane na klucz.

Jedzenie. Absolutnie powalające – na czele z łososiem czerwonym i łosiem. Więcej tutaj.

Pogoda. Przez większość czasu temperatury były zbliżone do polskich, ale podświadomie wydawało się, że jest zimniej, w końcu Alaska zobowiązuje. W Polsce przy takich temperaturach raczej nie założyłabym na siebie tylu warstw (getry + spodnie, długi rękaw, bluza + dwie kurtki).

Widoki. Alaska to chyba najbardziej egzotyczne miejsce w jakim byłam. Począwszy od Barrow, gdzie nie ma asfaltowych dróg i nie rośnie ani jedno drzewo, przez malowniczą, maleńką Talkeetnę, strzeżoną przez monumentalną górę Denali (McKinley), przez Homer z widokiem na wulkany, po Anchorage z mnóstwem ciekawych zaułków oraz długie kilometry północnych autostrad z dala od jakiegokolwiek śladu człowieka. Tak! Przy drogach nie ma reklam!

Czy chciałabym wrócić – bez zastanowienia. Tak. Nie tylko dlatego, że nie widzieliśmy ani jednego niedźwiedzia ani zorzy polarnej. Smutno wyjeżdżać.

Alaska oczami ł.

Od wyjazdu: 4 samoloty, 1 autobus i 23 autostopy.

Czyli wiadomo jak się poruszaliśmy po Alasce.

Chcąc nie chcąc (ale generalnie chcąc), bo wyboru dużego nie mieliśmy. Komunikacja publiczna tu prawie nie istnieje. W sezonie między niektórymi miejscami się zdarza, ale sezon skończył się dwa tygodnie przed naszym przyjazdem. Alaskanom autobusy nie są potrzebne, każda rodzina ma co najmniej dwa samochody.A samochodami jeździ się wszędzie, nawet na drugą stronę ulicy. Jakież było zdziwienie, gdy pytaliśmy o drogę, a ludzie mówili, że to daleko bo aż pięć skrzyżowań stąd i koniecznie musimy jechać samochodem.

To był intensywny początek. Od razu przekonaliśmy się, że Alaska, mimo że z nieprzyzwoicie nieprzyjazną pogodą, to z wyjątkowo przyjaznymi ludźmi. To nie są Stany, wszystko jest tu zupełnie inne – tak mówiło nam kilka osób i… im wierzymy. A przekonamy się o tym już za kilkanaście dni, gdy będzie z czym porównywać.

Zaczęliśmy od skoku na głęboką wodę, czyli od Barrow. I to był doskonały strzał… koniec świata najlepiej nadaje się na początek przygody. Eskimosi, wieloryby, niedźwiedzie polarne (niestety nie udało się żadnego zobaczyć, a może to i dobrze), deszcz, śnieg i wiatr.

Fairbanks? ‘Dobra, bardzo dziękujemy, że pan nas podwiózł, ale którędy teraz mamy iść do centrum? Jak to? Przecież jesteśmy w centrum. Ścisłym’ – ten dialog dokładnie oddaje to jak wygląda to drugie co do wielkości miasto Alaski. Nie zachwyciło nas, delikatnie mówiąc.

Oprócz ludzi zachwycało nas jedzenie. Codziennie jedliśmy coś nowego: wieloryb, łoś, karibu, czerwony łosoś i to przyrządzony na przeróżne sposoby. Mięso, mięso i jeszcze raz mięso. Wegetarianie mają tu przerąbane, bo owoce i warzywa kosztują fortunę. Jedno jabłko? Półtora dolara.

Przekonaliśmy się też, że bez dokumentu nie wejdziemy do muzeum, które znajduje się w federalnym budynku, ani nie kupimy piwa. No i, że ludzie w ogóle nie zamykają tu domów, bo po co?

Tak, na Alaskę trzeba wrócić. Choć ja się waham, czy latem, kiedy można wszędzie dotrzeć i pochodzić po górach, czy zimą, ekstremalną, ale wtedy tu musi być jeszcze piękniej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

One comment

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s