Month: November 2014

Belize

Belize — Nasza trasa:

granica – Belize City 154 km
Belize City – Hopkins 181 km
Hopkins – San Ignacio 141 km
San Ignacio – granica 15 km

W sumie za nami 14836 km, a w samym Belize: 491 km


Dzień 1 – Corozal – Belize City (24. listopada)

Po przekroczeniu granicy z Belize luksusowe autokary się skończyły. Momentami nawet asfalt się skończył.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Chickenbusem, w którym Bob Marley na cały reglulator, dostajemy się z Corozal (gdzie odstawił nas przyjaciel pogranicznika) do Belize City, największego miasta w Belize. Znajdujemy hostel, jesteśmy jedynymi gośćmi. Spacerujemy po centrum, jemy coś niecoś, coś niecoś pijemy, wracamy przed zmrokiem (zgodnie z radami z przewodnika Lonely Planet).
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA


Dzień 2 – Belize City – Belmopan – Gangriga – Hopkins (25. listopada)

Cały ranek włóczymy się po Belize City. Łukaszowi się podoba, k. już tak niekoniecznie. Masa naganiaczy, bieda, upał. Ceny podawane w dolarach amerykańskich. Gorąco jak w saunie, kurz z ulicy lepi się do całego ciała. Na jednym z głównych placów właśnie ustawiana jest świąteczna choinka:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Takie jest Belize City, największe (70-tysięczne) miasto w tym kraju.

Łapiemy autobus do Gangrigi przez Belmopan, najmniejszą stolicę świata…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…i poznajemy Silję i Emmanuela – młodych nauczycieli ze Szwajcarii, którzy podróżują, a w niektórych miejscach zostają na dłużej i pracują z dziećmi. Razem czekamy na koleny autobus.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do Hopkins, maleńkiego karaibskiego miasteczka zamieszkanego przez ludzi Garifuna jedziemy przez góry i dżunglę…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

… i docieramy wieczorem. Kwaterujemy się na dwa dni w Funky Dodo Backpackers Hostel (zajmujemy dwa ostatnie łóżka w 14-osobowym pokoju!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Idziemy do supermarketu, gdzie poznajemy Agę i Maćka. Kupujemy colę i rum i umawiamy się na pogaduchy na plaży przy Driftwood, gdzie można posłuchać na żywo bębnów i śpiewów Garifuna. Aga i Maciek jadą tam na rowerach, a my pieszo. I łapie nas ulewny deszcz. Z pobliskiego domu wygląda młoda dziewczyna i pyta, czy chcemy wejść i przeczekać. Chcemy! I tak zostajemy zaproszeni do lokalnego domu 🙂 Deszcz przechodzi szybko, docieramy do plaży z pomocą lokalsów, znajdujemy Agę i Maćka, słuchamy muzyki i snujemy długie podróżnicze opowieści. Aż dochodzimy do punktu, gdzie okazuje się, że Aga i Maciek znają całkiem dobrze pewną Ewelinę, z którą k. pracuje w jednym biurze w Katowicach (!!!)


Dzień 3 – Hopkins (26. listopada)

W nocy leje jak z cebra (co oznacza darmowe pranie ręczników, które wywiesiliśmy do suszenia). Nad ranem na chwilę przestaje padać, więc wyskakujemy po jogurty i płatki i razem z Silją, Emmanuelem i Brysonem (nowopoznanym Amerykaninem podróżującym po Ameryce Centralnej na rowerze) jemy przepyszne śniadanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem wszyscy razem ruszamy “w miasto”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Aż do piekarni Caitlin, którą odkrył Bryson. Amerykanka z Ohio sprzedaje tu najpyszniejsze ciasta (z końca) świata.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
A potem plażą do hostelu, który opustoszał… W naszym pokoju zostajemy tylko w piątkę.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Cały dzień obijamy się… drzemki, książki, rozmowy… W odwiedziny wpadają Aga z Maćkiem.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I tak mija nam ostatni dzień na Karaibach. Jutro jedziemy na zachód.


Dzień 4 – Hopkins – San Ignacio (27. listopada, Święto Dziękczynienia i koniec drugiego miesiąca naszej podróży)

Razem ze Szwajcarami i Amerykaninem robimy sobie śniadanie na Święto Dziękczynienia (płatki i jogurt. I kawa). Jest rodzinnie, ale już czuć atmosferę pożegnań. Bryson wsiądzie na rower, a my, Szwajcarzy oraz Polacy – musimy złapać autobus o 7:00.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szwajcarzy wysiadają wcześniej, a nasza czwórka jedzie dalej, z przesiadką do San Ignacio, już całkiem niedaleko granicy z Gwatemalą. Tam kwaterujemy się w J&R Guesthouse i rozdzielamy na jakiś czas.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Poniższe rondo z czterema drzewami i dwunastoma ławeczkami to… park miejski!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem, z okazji Święta Dziękczynienia wybieramy się w czwórkę jeszcze na pyszną kolację (kurczaki, sałatki, a k. znów ryż z fasolą), a później w domu – rum, kola, czekolada i czipsy. Na bogato!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W piątek rano robimy sobie pyszne śniadanie – jajecznica, sałatka, bułeczki i kawa. Z tarasu obserwujemy kolibry!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA san ignacio z Maćkiem i Agą

Nasi nowi znajomi zostają w San Ignacio. k. i ł. ruszają chickenbusem do granicy z Gwatemalą.


Kilka ciekawostek o Belize:

  • Belize ma najmniej zaludnioną stolicę świata (ledwo ponad 13 tysięcy mieszkańców),
  • Jest jedynym krajem Ameryki Łacińskiej, gdzie angielski jest językiem urzędowym,
  • Do dziś nie zbudowano to ani jednego budynku wyższego niż tutejsze świątynie Majów,
  • Narodowymi potrawami są ryż z fasolą i fasola z ryżem. Tak, to dwa osobne dania,
  • Nie ma tu ani jednego McDonalda, KFC, Burger Kinga czy Starbucksa.
  • Ceny znaczków pocztowych nie zmieniły się w Belize od… 1986 roku!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dramat w trzech aktach pt.„Ale czy naprawdę nie ma innego sposobu, czyli jak uniknęliśmy deportacji.”

Występują:

k. i ł. – debiutanci, ale znający scenariusz doskonale
Pogranicznik i kolega pogranicznika – starzy wyjadacze, aktorzy z wieloletnim doświadczeniem, które jednak nie odbiera im siły przekazu

Wszyscy odgrywają swoje role zawodowo. Bez zająknięcia.

Premiera:

24. Listopada 2014, Chetumal, na granicy Meksyk/Belize


Akt I, w którym k. i ł. orientują się, że coś jest nie tak.

Pamiętacie wjazd do Meksyku? Dzień Zmarłych, San Diego, tramwaj, na piechotkę do Tijuany, zero kontroli na granicy?
Niecałe trzy tygodnie po tym, w trakcie rozmowy z Alexandrem k. i ł. orientują się, że:
1. Nie mają pieczątek wjazdowych,
2. Nie mają obowiązkowego formularza imigracyjnego,

Obydwa te elementy są rzekomo niezbędne przy wyjeździe z kraju. k. i ł. pytają o to Sylwię (z Mexico City), a potem Bogdana (z Tulum), oraz parę innych osób. Wszystkie twarze wyrażają niepokój. Głównie o to, ile to będzie kosztowało.

Akt II, w którym ł. dzwoni do Konsula.

A Konsul mówi, że to powszechna praktyka, że turyści na przejściach granicznych od strony USA najczęściej nie dostają stempla i formularza, gdyż:
1. Gdyby cokolwiek im się stało w Meksyku, to nikt oficjalnie nie wie, że w ogóle wjechali do tego kraju,
2. Brak dopełnionych formalności to świetna okazja do wyłudzania łapówek.
Złe wiadomości:
1. Nikt nie wie ile wynosi łapówka (a nie ma określonych formalnie kar za brak stempla i formularza),
2. Konsul radzi powrót do Tijuany i nadrobienie tego, co nam umknęło (co oczywiście z przyczyn czasowo-finansowych w ogóle nie wchodzi w grę).
Dobre wiadomości:
1. Nie mogą nas deportować ani nawet za bardzo aresztować,
2. Nikomu tak na serio nie zależy, żebyśmy utknęli w Meksyku, natomiast zależy im na kasie,
3. Możemy jeszcze poprosić o radę w biurze migracyjnym w Chetumal.

Akt III, w którym czas opuścić Meksyk.

k. i ł. dostają się z Mahahual do Chetumal i zgodnie z radą konsula znajdują biuro migracyjne pod z adresem, który podany jest na stronie internetowej tegoż biura. Okazuje się, że mają nowy budynek i starą stronę www, więc w teorii k. i ł. mogli od razu jechać na granicę. Łapią taksówkę, zbijają cenę do akceptowalnej, ostatnia próba (czy dobrze pamiętają swoje role) i jak gdyby nigdy nic idą do budki granicznej i wręczają swoje europejskie paszporty.

Pogranicznik: Nie macie pieczątek wjazdowych. Gdzie formularze?
ł.: Nooo… Nie mamy.
[k. z uwagi na ograniczenia językowe po prostu milczy.]
P: Jak mam Wam wbić pieczątki wyjazdowe, skoro nie macie wjazdowych?!

ł. tłumaczy, że przechodziliśmy przez granicę 3 tygodnie temu w Tijuanie (prawda), nie było tam żadnej kontroli, że pytaliśmy tam o stempelki i formularze i odmówiono nam (ściema) i że rozmawialiśmy z konsulem (prawda).

P: Jesteście w kraju nielegalnie. [oddech] Un problema grande. [Kolejna pauza] Kara za brak formularza to 5000 peso. Od osoby. (ściema) W zasadzie powinniśmy Was deportować. [Tu znaczące spojrzenie. Wiadomo, że to blef, ale robimy odpowiednio przerażone miny.]

ł.: No to co teraz powinniśmy zrobić?
P: Albo zapłacić karę. Albo wrócić do Tijuany i dopełnić formalności. Albo my się tym zajmiemy. To potrwa 15 dni.

ł. tłumaczy, że nie ma szans, że jesteśmy dziennikarzami (pół-ściema), przejeżdżamy tranzytem przez Belize i musimy złapać samolot z Gwatemali do Polski (ściema). Nie mamy czasu ani pieniędzy na takie rozwiązanie (prawda). Wyciągamy z naszego wspólnego portfela WSZYSTKIE pieniądze (przygotowaliśmy sobie wcześniej 600 peso, bo formalny wyjazd z Meksyku kosztuje 300 peso od osoby, przy okazaniu stempelka i formularza, rzecz jasna. No i jeszcze stówę, żeby nie było, że mamy na styk). ł. mówi, że nie mamy więcej (ściema), bo to końcówka naszego wyjazdu (super-ściema).

P. kręci z niezadowoleniem głową, myśli, myśli, no bo to problema grande (ściema). Decyduje, że zadzwoni do szefa. Wstaje, podchodzi do telefonu, podnosi słuchawkę i nie wykręcając numeru przegląda miliard razy nasze paszporty. W międzyczasie jego kolega (nieumundurowany) podchodzi do nas i też mówi, że jesteśmy w kropce. Pogranicznik, skończywszy wyimaginowane rozmowy, wraca do okienka.

Czas na najważniejszą kwestię w tej sztuce. ł. wypowiada magiczną formułę, której nauczyliśmy się z książki „Tequila Oil”:

„Czy naprawdę nie ma innego sposobu, żeby tę sprawę załatwić?”

Pogranicznik zabiera nasze 700 peso, wbija do paszportów pieczątki wyjazdowe, a jego kumpel oferuje nam transport przez granicę belizejską aż do Corozal (ok. 13km) skąd złapiemy autobus do Belize City. Ta przysługa będzie nas kosztować 30 dolarów belizejskich, czyli jakieś 50 zł (w tym transport do bankomatu, bo jak wiadomo, nie mamy już gotówki).

Na granicy belizejskiej pilnujemy, żeby dostać wszystkie pieczątki. Kiedy zostajemy sami, wybuchamy śmiechem.

[Kurtyna]

Mahahual

23. Listopada

Calutki dzień schodzi nam na zwiedzaniu miasteczka…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i obijaniu się na plaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Obserwujemy amerykańskich turystów, którzy dotarli tu wielkim statkiem (takie statki przypływają do Mahahual kilka razy w tygodniu).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mamy też przed sobą kilka trudnych decyzji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolację jemy u pana Mojżesza – ł. tamales z kurczakiem, a k. wegetariańską kanapkę z tuńczykiem, marchewką, ziemniakami, serem i pieczarkami, przygotowaną z takim namaszczeniem, że z całą pewnością nie jest to “comida rapida” (czyli fast food). Ale jest to bezwzględnie najlepsza meksykańska kanapka (czyli torta).

Kładziemy się spać zmęczeni upałem. Czeka nas wczesna pobudka, wyjazd do Chetumal i przeprawa przez granicę. Do Belize.


22. Listopada

Planowaliśmy jeszcze dziś dotrzeć do Belize, ale z uwagi na pewne kłopoty imigracyjne (o których jeszcze będzie), postanowiliśmy zaczekać z tym do poniedziałku. Nasz hostel – La Cigana – pęka w szwach, więc tak czy siak musimy się ruszyć. Za radą Bogdana jedziemy do Mahahual, maleńkiej osady nad Morzem Karaibskim, 50km od głównej drogi do granicy z Belize. Ostatni spacer po Tulum…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i w kilku ratach dostajemy się na skrzyżowanie kawałek za Limones, skąd mamy blisko godzinę drogi do wybrzeża. I zasadniczo brak transportu publicznego. To łapiemy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ciągu 15 minut przejeżdzają tędy tylko 4 samochody. Ostatecznie zatrzymuje się taksówka za 100 peso (czyli 25 zł. Za 50km). Kręcimy nosami, a chwilę później wsiadamy. Ostateczna cena 60 Peso (czyli 15 zł. Za 50 km :))

W Mahahual na stałe mieszka niecały tysiąc osób, jest też trochę pracowników sezonowych (hotele, restauracje) i dosłownie garstka turystów, bo to jednak nie jest główny szlak. Przypadkowo znajdujemy wyjątkowo tani hostel (a w naszym pokoju znajdujemy Westona – chłopaka, którego widzieliśmy już wcześniej w Tulum!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeszcze przed kolacją idziemy na plażę. Pływamy aż robi się całkiem ciemno. Woda jest ciepła i przyjemna, a niebo pełne gwiazd. Myślimy o tym, jak tam w Polsce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wes wybiera się z nami na drinka na plażę. Jest sobotni wieczór, ale jest cicho, knajpy świecą pustkamii, więc obsługa zaprasza (jedna dziewczyna nawet woła do nas “hi gays”, zamiast “hi guys”, co rozbawia nas nieprzeciętnie. Skąd wiedziała? 🙂 ) Ostatecznie nachalny kelner naciąga nas na promocję Miami Vice*, ale za to dostajemy dodatkowo trzy darmowe Margarity. I tak mija nam sobota.

* Promocja nazywa się “dwa w cenie jednego”, więc ł. i k. decydują się na drinka “Miami Vice”. Ostatecznie na rachunku i tak płacimy za napoje regularną cenę, bo okazuje się, że dostaliśmy drinki podwójne (tak jakby “miami” i “vice” były dwoma osobnymi drinkami). Czekamy na promocję dwa w cenie trzech 🙂

Tulum

21. listopada

Wstajemy z zamiarem wypożyczenia rowerów, żeby razem z Urim jechać zobaczyć ruiny Majów przy samej plaży na północ od naszego hostelu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plan jednak zmienia się dynamicznie, kiedy Bogdan – zarządzający hostelem Krakowianin, proponuje nam nurkowanie w super promocyjnej cenie (która i tak jest duża, czytaj: przekracza nasz budżet). Jukatan to taka część Meksyku, gdzie w ogóle nie ma rzek powierzchniowych. Jest tu za to mnóstwo cenot (takich wapiennych basenów wypełnionych wodą i często połączonych kanałami i jaskiniami, w których można nurkować). Ani k. ani ł. nie mają pojęcia o nurkowaniu. Kalkulacja zatem jest prosta:

Zero doświadczenia + Brak funduszy na takie przyjemności = Zróbmy to!

Uri bierze więc rower sam, bo nurkować nie chce, a my przechodzimy szkolenie na sucho, Bogdan przygotowuje sprzęt, jedziemy do Casa Cenote i po początkowych problemach (bo oddychanie ustami przez rurkę na serio nie jest proste) udaje nam się zejść pod wodę. I jesteśmy zachwyceni!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracamy do hostelu tylko się przebrać i razem z sześcioma Argentyńczykami, dwoma Amerykanami, jednym Polakiem i jedną gitarą pakujemy się do ogromnego samochodu Bogdana i jedziemy na inną plażę. Tam ł. oddaje się piłce nożnej, a k. z nowopoznaną koleżanką z Kalifornii, Janą, idzie na spacer i udaje się jej uchwycić Majowe ruiny, do których już wiemy, że nie zdążymy zajrzeć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

20. listopada

Ostatnie dwa dni w Meksyku chcemy spędzić w Tulum, karaibskim miasteczku rybackim, o którym wiemy z książki “Sprzedaj Lodówkę i jedź dookoła świata”. Nasz nocny autobus z San Christobal ma dotrzeć do Tulum w czwartek o 8. rano. Ale po drodze wysiada akumulator w efekcie czego ma mymały poślizg czasowy. W sumie – promocja. Zapłaciliśmy za 16h jazdy, a dostaliśmy 19.
W Tulum wita nas tropikalny klimat.

Niesamowity upał + nieprzeciętna wilgotność = człowiek poci się w ciągu 1,5 sekundy tak, że jest  gotowy pod prysznic.

Znajdujemy hostel La Cigana, zacieniony, z ogrodem, palmami, hamakami i hipisowską atmosferą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Jak tylko ruszamy na plażę, żeby zobaczyć Morze Karaibskie – zaczyna lać.

tulum rain

Pełni determinacji przeczekujemy kryzys na przystanku autobusowym (grając w karty) i docieramy do plaży. Pomimo chmur – robi wrażenie.

tulum - south beach tulum - swim
ł. poprawnie interpretuje powyższy  znak i idzie pływać. W deszczu.

tulum - swim l

Wieczór spędzamy w podgrupach (czytaj: każde osobno), ł. w hamaku rozmawia z Polską przez Skype, a k. gada o podróżach z Urim, Izraelczykiem z naszego hostelowego pokoju.

San Cristobal de las Casas

19. Listopada

Znów budzi nas deszcz, do tego jest zimno. Jedziemy do pobliskiej indiańskiej wioski – Chamula, ale jedyne co możemy tam zrobić to zmoknąć i zmarznąć.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wracamy więc do San Cristobal i w mżawce oglądamy miasto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

O 15:45 wsiadamy do autobusu do Tulum. Następny przystanek (za 16 godzin): Karaiby.


 

18. Listopada

Przez góry i lasy docieramy do San Cristobal, kolejnej meksykańskiej magicznej wioski. Szybko znajdujemy nasz hostel – u Erniego. Pogoda bardzo kiepska, chłodno i mży. Około południa spotykamy Alexandra (Szweda poznanego w Oaxace) i wybieramy się razem na wycieczkę – zwiedzanie pobliskiej jaskini, jazda konna i do tego przepyszne Esquitos. Znajdujemy również kościół Pepsi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA SCDLC koń OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA SCDLC esquitos
Pogoda cały dzień nie daje nam poznać miasta. Spędzamy sporo czasu w hostelu – książki, komputer, piłkarzyki, piwo. I drugi raz żegnamy się z Alexandrem, chociaż niewykluczone, że złapiemy go jeszcze w Gwatemali.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oaxaca

17. listopada

Przed południem ł. dołącza do pochodu ludzi manifestujących swoje niezadowolenie w sprawie 43 zaginionych studentów. Fotografuje i nagrywa. Maszeruje sporo osób, w tym kilku rodziców porwanych chłopaków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

k. w tym czasie: czyta książki, wypisuje pocztówki, gra na ukulele i gada na skype’ie.

Po południu wybieramy się lokalnymi środkami transportu do Hierves de Agua – wapiennych tarasów z ciepłą wodą. Autobus, taksówka, bilet na wjazd na drogę prowadzącą do … kasy biletowej, gdzie płacimy za wstęp do tegoż. Ale warto. Widoki są przepiękne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po powrocie do miasteczka Oaxaca, odbieramy plecaki z depozytu i kolejnych 11 godzin spędzamy w kolejnym tanim autobusie. Około 9tej rano, po przesiadce w Tuxtli, docieramy do San Christobal de Las Casas, gdzie być może spotkamy się jeszcze z Alexandrem.


16. listopada

Z uwagi na wyjątkowo budżetową wersję transportu, do miasteczka Oaxaca (czyta się: Łachaka) docieramy wyjątkowo niewygodnym autobusem, w średnio wygodne miejsce poza centrum miasta, o absolutnie niewygodnej godzinie 4:30. Rano. Douglas, długowłosy Meksykanin w koszulce Iron Maiden, który już od Mexico City zbierał się w sobie, żeby do nas zagadać, pakuje się z nami do taksówki do centrum, po czym proponuje wspólny wypad na pobliską plażę. Jesteśmy zdziwieni, że Oaxaca ma plażę. Okazuje się, że to jedyne 5h stąd (w takim wydaniu to nawet Łódź ma dostęp do morza). Z przykrością odmawiamy, nawet po tym, jak dowiadujemy się, że to plaża dla nudystów.

Wciąż po ciemku wchodzimy do pierwszego napotkanego hostelu, który mieści się w naszym budżecie, czekamy na wolny pokój (łóżka dwupiętrowe!), a potem spacerujemy po mieście.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA   OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem, razem z Alexandrem, poznanym w hostelu Szwedem, idziemy na kolację. Próbujemy Mezcalu, alkoholu produkowanego w tym mieście.
k. odpuszcza po jednym łyku, ł. dzięki temu śpi jak dziecko.

20141116_185848

Mexico City

11. – 15. listopada

Na 5 dni zatrzymujemy się w Mexico City, o którym można by długo, bo jest największym miastem na półkuli zachodniej i najstarszym miastem w Amerykach i największym hiszpańskojęzycznym miastem świata, największym miastem na naszej trasie. I ma najwięcej na świecie muzeów (ponad 160) i galerii sztuki (ponad 100) i najwięcej IMAXów i największy i najstarszy uniwersytet w Amerykach i jest położone na wysokości ponad 2 200 m npm!

****

Nocujemy u Sylwii, korespondentki Polskiego Radia, która jest nieprzeciętnie troskliwa, bardzo mądra i w ogóle od razu się zakolegowujemy. Jest bardzo domowo i rodzinnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pięć dni mamy wypełnionych od rana do wieczora i udaje nam się całkiem sporo.

1. Rozpracować metro i nie wchodzić z ł. do strefy “tylko dla kobiet i dzieci”;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2. Zobaczyć Zocalo i kilka budynków obok zapadających się powoli (bo to miejsce zostało zbudowane na… osuszonym jeziorze);

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

3. Zwiedzić muzeum Fridy Kahlo w Coyoacan, dom Dolores Olmedo i Palacio de Bellas Artes;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

3. Pojechać na uniwersytet, gdzie trwają przygotowania do protestów w sprawie zaginionych studentów z Iguali;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

4. Wejść na Piramidę Słońca i Księżyca w Teotihuacan i nie kupić nic od bardzo nachalnych sprzedawców;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
5. Zjeść Esquitos – przepyszną kukurydzę, a na targu obejrzeć mecz Meksyk-Holandia;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
6. Wypić kawę w barze w jednym z najwyższych budynków Ameryki Łacińskiej – Torre Latino Americano (188m);

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
7. Poszlajać się po mieście;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
8. Nie pojechać na Wyspę Lalek, ponieważ ceny dla białych okazują się zaporowe. Ale łódki w Embarcadero – ładne;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
9. Nie zgubić podeszwy;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
10. Zjeść kolację z naszymi znajomymi z Bytomia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

****

Wyjeżdżamy z Mexico City nocnym autobusem do miasteczka Oaxaca. Szkoda rozstawać się z Sylwią i Rodrigo, ale … nasze ścieżki jeszcze na pewno się przetną.

Guadalajara, czyli meksykańskie Portland

09.-10. listopada

Nasz kolejny przystanek na dwa dni to Guadalajara. Kwaterujemy się w Tequilla Hostel przy Av. Hidalgo i … przez cały nasz pobyt nie dzieje się nic spektakularnego: żadnych zatruć, żadnych kulinarnych odkryć, fascynujących znajomości, niezwykłych widoków, nieprzewidzianych wypadków. Miasto ma rewelacyjną atmosferę i do tego jest bardzo ładne, pełne placyków, fontann, parków. Mnóstwo się dzieje. Można też przejechać się dorożką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To żeby nie było tak strasznie nudno, może kilka ciekawostek.

1) Guadalajara jest drugim co do wielkości miastem w Meksyku.

2) Jest miastem Tequilli.

3) Ma wiele miast partnerskich, m.in. Kraków. I Portland, co akurat nie dziwi w ogóle, bo klimat tu jest co najmniej alternatywny. Przykłady:

  • W niedzielę zamknięto jedną z głównych ulic, żeby pojeździli sobie po niej rowerzyści i rolkarze. Samochodami, na jednym z wielu placyków, jeździły maluchy,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • W parku pełno akrobatów,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Capoiera przy uniwersytecie,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Sztuka uliczna,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Tańce w knajpie w środku dnia,
    OLYMPUS DIGITAL CAMERA
  • Występ mariachi w parku (+ tańce),

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

  • Nocne jedzenie,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

*****

 

Parę poniedziałkowych godzin spędzamy też w Tlaquepaque – małym artystycznym miasteczku blisko Guadalajary.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cały wieczór leje jak z cebra. Miejmy nadzieję, że Mexico City, do którego jedziemy nocą, przywita nas lepszą pogodą.

 

 

Mazatlan

08. listopada 

Sielanki ciąg dalszy, nawet zdjęć nam się nie chciało robić. Wyspani, do południa obijamy się w hotelu, bo upał (prawie 40 stopni!). k. czyta, a ł. nagrywa materiał dla TVN-u (tuta link!).

Mówi się, że nie można pić cały dzień, chyba, że zacznie się od rana. Zaczynamy więc oficjalny dzień od margarity i kart. Trzeba jakoś uczcić 6 tygodni naszej podróży. No i jakoś przeczekać największy skwar.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy tylko robi się trochę chłodniej ruszamy. Na plaży podziwiamy żółwia i pelikany…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

… a potem głównie leżymy. Dziś zupełnie za darmo! Znaleźliśmy lekko zdezelowany daszek. Czytamy, drzemiemy, aż tu niespodziewanie znów zachód słońca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak już się nie da leżeć, trzeba czytać na stojąco.

Tak… to był dobry dzień. Postawił przed nami co prawda kilka poważnych decyzji do podjecia, np. najpierw lody czy najpierw plaża? Ale… dobrze nam tak.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy kolejnych margaritach oczekujemy na odjazd naszego nocnego autobusu do Guadalajary.

07. listopada

Budzimy się w Mazatlan po przespanej dziecięcym snem nocy w autokarze. Przy samym dworcu zamawiamy śniadanie i kawę. ł. dostaje kubek z gorącą wodą, k. kubek z gorącym mlekiem. Obydwa świąteczne. Do tego kawa rozpuszczalna w słoiczku i cukier w plastikowym pojemniku. I oczywiście salsa (aż dziw, że nie rozpuszcza tych plastikowych łyżeczek).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Autobusem dojeżdżamy do naszej hotelowej dzielnicy El Dorado i znajdujemy Mariana Beach Hotel. Dziś śpimy po królewsku, nasz apartament ma nawet kuchnię i telewizor! I jest klima i są łabądki. I jest widok na morze (z tarasu). Jest moc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wychodzimy na plażę (woda cieplutka!) i delektujemy się jej urokami. Wynajmujemy  tęczowy parasol od pana w tęczowych spodenkach i po prostu profesjonalnie się byczymy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plażowych handlarzy jest więcej niż turystów,więc co chwila odrywamy się od książek, żeby mówić “no, gracias”, chociaż oferta bogata: owoce, sukienki, tatuaże, bransoletki, breloczki, wiklinowe kosze, latawce (także takie z przyczepionym spidermanem, tak jakby spiderman kiedykolwiek potrzebował spadochronu), drewniane rzeźby, kapelusze, klapki oraz hamaki. Bierzemy owoce. A potem ł. wsuwa ceviche, a k. po żołądkowych sensacjach tylko herbatniki. Ale i tak jest fajnie. Muzyka gra.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prawie 6,5 km maszerujemy najdłuższym przybrzeżnym deptakiem świata (szczerze, zanim tu przyjechaliśmy, nie mieliśmy pojęcia, że jest tu coś takiego). A! I kupujemy kapelusze! Dwa wytargowane za 150 pesos (czyli tyle, co ten obrzydliwy nocleg w Novajoa!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
I spotykamy panów z rybami.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I docieramy do miasta,które jest jednym z 13-tu cudów Meksyku stworzonych przez człowieka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I akcent świąteczny…OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I wracamy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A potem zachód słońca na plaży, kolacja i wieczór z laptopami i piwem na tarasie. Co za życie. A jeszcze potem – każdy w osobnym wielkim łóżku. Bajka!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drzemka w Alamos

06. listopada

Zaczynamy od dygresji. Jakiś czas temu, od pewnego podróżnika k. usłyszała: Jeżeli ktoś jeździł po Ameryce Łacińskiej i mówi Ci, że nie miał problemów z żołądkiem – kłamie. W tamtym momencie k. pomyślała, że jeśli kiedykolwiek wyląduje właśnie tam, to udowodni, że ma żołądek nie do zdarcia.

I teraz przechodzimy do relacji z 6. listopada. Proszę bardzo.

k. nie budzi się tego dnia, bo praktycznie w ogóle nie zasypia. Pół nocy spędza w “łazience”. Szczegóły pomińmy, użyjmy za to subtelnych słów: zatrucie pokarmowe (co jest dziwne, bo w sumie jadła to samo co ł., który czuje się dobrze). Opuszczamy to podłe miejsce, zanosimy bagaże do przechowalni na dworcu, kupujemy bilety na nocny autobus do Mazatlan i idziemy do McDonald’s. k. jest w kiepskiej formie, trzeba coca coli. Bynajmniej nie na pocieszenie, że już 5 dnia Ameryka Łacińska zrujnowała wyzwanie pt. przetrwaćbez sensacji żołądkowych.

Dzisiejszy dzień spędzamy w Alamos, jednej z 83 wiosek połączonych w sieć “wiosek magicznych”, czyli cennych kulturowo, z ciekawą historią, pięknie położonych i gdzie życie płynie niemal jak za dawnych czasów. Domy są niskie, mają w środku patio, niektóre są naprawdę przepiękne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest urokliwie, ale upał daje nam popalić. Słońce praży, szukamy więc cienia i zaglądamy do budynku z otwartym ogrodem. I tak poznajemy Shauna, o którym więcej w “Spotkanych“. Siedzimy, rozmawiamy, Shaun jest niezwykle ciepłym, otwartym człowiekiem. Dużo wydarzeń zmieściło się w 35 latach jego życia. Opowiada nam między innymi o tym, jak zaczął opiekować się tym miejscem i jak niedawno otwarł tu hostel.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

k. poddaje się gorączce, więc Shaun zaprowadza ją do jednego z pokoi i instaluje w łóżku z pachnącą pościelą, gdzie k. drzemie przez bite dwie godziny. Kolejny raz, zupełnie przypadkiem, trafiamy na kogoś, kto jest dla nas taki dobry… ł. w tym czasie zwiedza miasto i wchodzi na pobliskie wzgórze, skąd jest piękny widok na miasteczko i góry.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień bezwzględnie jest senny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ciągu 10 minut od kupna biletów na autobus do Novajoa okazuje się, że… zgubiliśmy je. Na dworcu ł. rozmawia z kasjerką o zniknięciu biletów. Ta wychodzi więc do kierowcy i mówi, że zapłaciliśmy, śmiejąc się przy tym. Kierowca wpuszcza nas bez biletów i jedziemy.

W Novajoa pakujemy się do autokaru do Mazatlan. To nasz kolejny nocleg. Radośnie. Wprawdzie amerykańskie filmy z hiszpańskim dubbingiem krzyczą z telewizorów, ale przynajmniej nie ma karaluchów.