A podróż wciąż trwa

Jesteśmy już w domu blisko dwa miesiące, ale nasza podróż tak naprawdę się nie skończyła. Tutaj, na miejscu, spotykamy ludzi, których poznaliśmy tam, za oceanem. I tak, kolejny raz ścieżki przecięły nam się z…

11335787_10205001292528373_1124316338_n

11418339_10205001290008310_439809573_n

  • z Benem, który (tak jak i Kasia!) spędzał z nami Boże Narodzenie na wyspie Ometepe [przypomnij sobie]

11418261_1121590707858195_1102724628_n

20150501_125428

Takie spotkania są zawsze ciepłe i inspirujące. Dobrze tak sobie powspominać i pomarzyć…

Ciekawe co będzie dalej! 🙂

Advertisements

Czyli, że to już – Część II

3. Kwietnia, 1:40 w nocy

Nasz samolot z Santiago de Chile do Panama City startuje o czasie. W Guayaquil w Ekwadorze lądujemy awaryjnie, jeden z pasażerów bardzo źle się czuje, potrzebna natychmiastowa pomoc medyczna. Do Panamy docieramy z opóźnieniem, ale niewielkim, więc bez problemu wsiadamy do kolejnego samolotu. Tym razem już bez przygód, z Panama City do Frankfurtu z planowanym międzylądowaniem w Santo Domingo.

4. Kwietnia 5:50 nad ranem, czyli od pierwszego startu minęła prawie doba (jeśli wziąć pod uwagę zmiany stref czasowych

Docieramy do Frankfurtu zgodnie z planem. Równie planowo o 7:30 ruszamy w stronę Warszawy, gdzie wysiadamy punktualnie o 9:15. Dotarliśmy, w przeciwieństwie do naszego bagażu… Obydwa duże plecaki zaginęły w akcji. Składamy reklamację i kierujemy się do wyjścia, a tam – niespodzianka! 🙂

Welcome home   łelkom hołm
Wrocili 1 Wrócili 2

Czyli, że to już… A dopiero co było tak… [Czyli, że to już – Część I]

Jesteśmy w domu.

PS. Plecak k. znajduje się szybko i równie szybko trafia kurierem… na adres ł. (okazuje się, że w Chile odwrotnie przykleili nam metki bagażowe). Obstawiamy zatem, że plecak ł. jest w drodze do domu k.

Chile, czyli wracamy

30. Marca – 2. Kwietnia

W poniedziałek zaczynamy długą drogę powrotną do domu…
Wstajemy o 4 rano i kogo spotykamy na korytarzu w hostelu? Christophera! Wstał specjalnie, żeby się z nami pożegnać! 🙂 O 5tej odjeżdża nasz autokar do Punta Arenas w Chile. Znów nieasfaltowana droga, prom, ukrywanie marchewek na granicy. W autokarze mija nam cały dzień, do celu docieramy ok. 18tej.

Jest zimno jak na Alasce, wieje wiatr, jest nieprzyjemnie. Taksówką docieramy do domu Sebastiana – naszego couchsurfingowego gospodarza. Są u niego i inni podróżnicy – Niemka i Belg, jeżdżący po Ameryce Południowej od ponad roku. Na rowerach! Zostawiamy plecaki i póki jest jasno, idziemy zwiedzać miasto.

PA 1 PA 2
PA 3 PA 4 PA 5 PA 7
Do domu wracamy dosyć szybko, bo zimno. Sebastian częstuje nas kolacją, a my przygotowujemy wielką michę sałatki owocowej na deser. Wieczór mija na filozoficznych rozmowach.

PA 6

Wtorek to kolejny dzień w drodze. O 11tej taksówką jedziemy na lotnisko w Punta Arenas, skąd mamy samolot do Santiago de Chile. Do centrum stolicy Chile docieramy autobusem ok. 18tej, a później metrem do domu Mijaila – ostatniego już w tej podróży gospodarza z couchsurfingu.

Mijail mieszka z kilkoma kolegami na osiemnastym piętrze w bloku przy Andres Bello. Docieramy do domu już po zachodzie słońca…

SdC widok z okna

Idziemy na wieczorny spacer po Santiago i dość szybko idziemy spać.

W środę o 7mej budzi nas budzik! Zbieramy się szybko i jedziemy do Valparaiso, portowego miasta wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Val 5 Valparaiso portValparaiso 2 Valparaiso

Miasto słynie z nietypowej architektury, masy street artu i 42 tramwajów – takich jak w Lizbonie, które dowożą ludzi na strome zbocza wzgórz.

val 3 val 4
Val pion 2 val pion 3 Val pionVal widok Valp 3
Z Valparaiso jedziemy jeszcze na parę chwil na plażę do Viña del Mar, wygrzać się jeszcze przed powrotem do Polski, gdzie podobno chłód i śnieg.
Do Santiago wracamy późnym wieczorem.

Czwartek to nasz ostatni: 188-ty dzień podróży. Ostatnia wyjazdowa jajecznica i taki widok z okna:Santiago widok 2 Santiago widok

Idziemy na spacer po Santiago…

santiago park Santiago poczta Santiago rzeka Santiago 2
W ostatnim odcinku “ponownych spotkań” – wpadamy z wizytą do Claudii, którą ł. poznał w hostelu w Limie! SdC z Claudią
Późnym popołudniem wracamy do domu, żeby wziąć prysznic, dokończyć pakowanie i … pożegnać się z naszym gospodarzem. Jedziemy metrem do La Piojery (czyli… “wszarni”), czyli baru założonego tu w 1916 roku, który jest na liście obowiązkowych punktów do odwiedzenia w Santiago.

La Piojera

O 20tej bar pęka w szwach, znajdujemy ostatni wolny stolik w sali jedzeniowej, co nam akurat pasuje, bo jesteśmy głodni. Wzbudzamy wielkie zainteresowanie lokalsów, którzy są już nieco wstawieni.

ł. zamawia pyszne mięso, k. jedyne – co mają wegetariańskiego czyli… pokrojone pomidory i porcję frytek, do przygotowania której zużyto chyba ze dwa kilo ziemniaków (ostatecznie zostajemy pokonani przez frytki!). Do tego pijemy terremoto, czyli “trzęsienie ziemi” – drink na bazie wina z gałką lodów ananasowych.

Piojera bar Piojera frytki
Gramy trochę w karty, a trochę obserwujemy – bo się dzieje! Przy stoliku obok gość gra na gitarze i cała sala śpiewa narodowe chilijskie piosenki. Pod koniec każdej krzyczą Chi Chi Chi Le Le Le Viva Chile! 🙂
[VIDEO 1]              [VIDEO 2]

W doskonałych (po terremoto) nastrojach jedziemy metrem na terminal autobusowy, a stamtąd na lotnisko.
Czyli, że to już…

Ushuaia

28. – 29. Marca

W sobotni poranek po śniadaniu idziemy z Christopherem zwiedzać najbardziej na południe położone miasto w Ameryce Płd.

fotografowanie fotografowanie 2
Kupujemy bilety na autobus do Punta Arenas (na poniedziałek), a potem zerkamy do Punktu Informacji Turystycznej, bo można tam dostać pieczątkę do paszportu, do wyboru są cztery różne stempelki z końca świata. Stemplujemy nasze paszporty (Christopher nie wybiera jednej pieczątki – bierze wszystkie!), a potem czas na sesję zdjęciową przy tablicy Ushuaia fin del mundo. Najpierw razem:

Chris k l

A potem jeszcze takie – ł. i k. w koszulkach, które dostaliśmy na Alasce w radiostacji Barrow, czyli na tym drugim końcu świata!

w koszulkach z radia barrow
Na obiad wybieramy się do lokalnej knajpki Martinita, gdzie zamawiamy zdrowy patagoński posiłek, czyli trzy wielkie hamburgery (k. – w wersji bez kotleta).

hamburgery
Później Christopher płynie jachtem na wycieczkę oglądać pingwiny…

pingwin

… a my dalej kręcimy się po mieście. Idziemy, między innymi, do radia Ushuaia, gdzie mamy okazję pogadać z pracownikami. Dowiadujemy się m.in., że w Ushuai działają łącznie 34 stacje radiowe (!).

Radio Nacional Radio 2

Ushuaia jest jedynym miastem Argentyny położonym po drugiej stronie Andów. Mimo, że dziś jest pochmurno, niekiedy widać ośnieżone szczyty.

Ush 7 Ush 6 Ush 1 Ush 2Ush 8 Ush 9Ush 3 Ush 12
Wieczorem gotujemy w hostelu kolację – łosoś, ziemniaki i sałatka. I wino. Pychotka!

Ush kolacja
Długo jeszcze gadamy o podróżach.

W niedzielę rano leje jak z cebra, więc obijamy się w hostelu. Po południu, kiedy wychodzi słońce, Christopher wybiera się na kolejną wycieczkę – tym razem do latarni morskiej – a my znów chodzimy po mieście, kupujemy pamiątki…

Ush 11 Ush 10 Ush 4 Ush 5
… a w ramach cyklu “ponowne spotkania” – wpadamy na Kanadyjczyka, z którym kilka tygodni temu przekraczaliśmy granicę Peru-Boliwia (!)

kanadyjczyk
Jako, że to nasze ostatnie godziny w Argentynie, idziemy na kolację do restauracji na dorsza :).

Później wracamy do hostelu, żeby się dobrze spakować. Jutro o 5 rano mamy autobus do Punta Arenas, więc nie chcemy hałasować o tak nieludzkiej porze.

I nie udaje nam się iść wcześnie spać. Wieczór spędzamy na długich podróżniczych pogaduchach z Christopherem i z Ramonsito, z hostelowej recepcji. I tak trochę reklamy: gdyby ktoś się wybierał do Ushuai – serdecznie polecamy Patagonia Pais.

Patagonia Pais Patagonia 2

PS. Dotarcie na koniec świata nie było jedynym wzruszającym momentem ostatnich dni. Był jeszcze taki: Natalia (z Traveling Tree) wysyła do k. zdjęcie przepięknej urodzinowej laurki od Maksia. Dziękuję!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga na koniec świata

26. – 27. Marca

Czwartkowy poranek zaczynamy od wizyty w piekarni. Ktoś w nocy zjadł nasz chleb z kuchni w hostelu 🙂 Potem instalujemy się przy drodze wyjazdowej z El Calafate. Dziś jesteśmy pierwsi. Następni autostopowicze pojawiają się trochę później, mijają nas, życzymy sobie szczęścia, ustawiają się kilkadziesiąt metrów za nami. Czekamy. Samochodów jest dużo, ale nikt nie chce się zatrzymać. Po 1,5 godzinie widzimy znajome renault. To Nicolas, Veronique i Emmanuelle! Zatrzymują się i razem pokonujemy blisko 90 km, do skrzyżowania z drogą na Puerto Natales dokąd zmierzają Szwajcarzy. My wysiadamy i ustawiamy się przy drodze. Ruch zerowy, tylko hula wiatr.

40 1 40
Półtorej godziny później zatrzymuje się taksówka (!) Podwozi nas niecałe 70 km do wioski Esperanza. Okazyjna taryfa dla autostopowiczów. Gratis.

Esperanza to kilka domów zbudowanych na skrzyżowaniu dróg z Rio Gallegos na północ i jeszcze w stronę Chile. W teorii ruch powinien być większy. Ale nie jest. Czekamy. Nuda.
40 5 40 4 40 2 40 6

Jest już późno. Wiemy, że dotarcie dziś do Ushuai graniczy z cudem, chyba, że nagle zatrzyma się samochód, który tam jedzie. Ale nie tracimy nadziei, że ktoś zabierze nas do odległego o 140 km Rio Gallegos, skąd następnego dnia moglibyśmy pojechać autobusem jeszcze dalej na południe.

40 3

Po godzinie czekania zatrzymuje się Gustavo, nauczyciel, który jedzie do Rio Gallegos, ale po drodze musi zahaczyć o jedną ze szkół, w których uczy. Jedziemy z nim do Escuela No. 26 Las Vegas, malowniczo położonej. Daleko od wszystkiego.

Profe 40 7
escuela escuela 2

Do Rio Gallegos docieramy ok. 18tej. Gustavo najpierw jedzie z nami na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy bilety do Ushuai na następny dzień…

autobus do Ushuai

… a potem podwozi nas pod hostel i czeka, aż się zakwaterujemy. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni, że tak się nami zaopiekował. Żegnamy się i idziemy do supermarketu po zakupy na kolację i na jutrzejszą podróż, bo czeka nas 12 godzin w autobusie. Kupujemy więc masę owoców, pomidory, chleb, ser i ciastka.

W piątek rano jesteśmy na dworcu w Rio Gallegos 15 minut przed odjazdem autokaru. Okazuje się, że jest opóźniony o 1,5 godziny, ale w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do czekania.

dworzec w RG

W końcu jedziemy. Najpierw do granicy z Chile.

Tierra del fuego 2 granica z chile 2
Tu wszyscy wychodzą do kontroli. Okazuje się, że przez granicę nie można przewozić żadnego jedzenia. Owijamy plecak z naszą wałówą kurtkami i zostawiamy na półce nad siedzeniami. Do autokaru wchodzą pogranicznicy z psami. W międzyczasie podręczny bagaż pasażerów autobusów jest sprawdzany w budce przy granicy. W koszu lądują przekąski, jabłka, banany i  kanapki.

granica z chile

Pies nie znajduje naszego jedzenia (!), wracamy do autobusu, jedziemy dalej całkowicie świadomi, że dokonaliśmy spożywczego przemytu na dużą skalę.

Następny punkt wycieczki to przeprawa promowa na wyspę Tierra del Fuego.

Chile 2 autobus na promie  Patagonia promtierra del fuego
Potem wyjazd z Chile i ponowny wjazd do Argentyny, czyli kolejne pieczątki w paszporcie. Już legalnie robimy sobie kanapki z serem i pomidorem, owoce na deser. Godzina drogi do Rio Grande, gdzie część osób kończy podróż, a reszta (w tym my) przesiada się do innego autokaru – do Ushuai.

Chile koniec Argentyny    TDF 2 tdf

W Rio Grande poznajemy Christophera, któremu przy przesiadce zaginął bagaż. Sytuacja jest stresująca, ł. pomaga w komunikacji z kierowcami autokaru. W końcu okazuje się, że inna pasażerka pomyliła walizki i wzięła bagaż Krzyśka. Na szczęście pomyłka zostaje zauważona wcześnie. Christopher odzyskuje bagaż. Ostatni etap podróży do Ushuai gadamy i tak mijają nam trzy godziny.

Przyjeżdżamy na miejsce po 22.giej. Jest już ciemno. Sprzed autokaru zgarnia nas Perla, przesympatyczna pracownica hostelu Patagonia Pais. Kwaterujemy się i idziemy na miasto coś zjeść. Potem jeszcze spacer nad wodą.
Jakie to dziwne uczucie dotrzeć do celu. Dokładnie pół roku temu byliśmy w Barrow na Alasce. A dziś już: Ushuaia.

The beginning and the end

El Calafate

24.-25. Marca

We wtorek rano po śniadaniu bierzemy plecaki i wychodzimy na drogę wyjazdową z El Chalten. Nie jesteśmy pierwsi. Ustawiamy się jako trzeci w kolejce. Dzień jest piękny.

El Chanten 17
Nie czekamy długo. W przerwach kiedy nic nie jedzie k. gra na ukulele i chyba przez to (z ciekawości) zatrzymuje się samochód, który minął dwie poprzednie grupy autostopowiczów. Jedziemy razem jakieś 190 km, do skrzyżowania przed El Calafate.

El Chanten 15 El Chanten 13
El Chanten 12
Wysiadamy i niemal od razu łapiemy kolejny samochód. Ostatnie 30 km do miasta jedziemy na pace.

El Chanten 16 El Chanten 14
Kwadrans później wysiadamy w centrum miasta.

Wchodzimy do pierwszego hospedaje. Cena pokoju wypisana na plakacie: 120 peso przekreślone i zmienione na 100 peso (!) Pokoje wprawdzie wielkości windy, mieści się tylko łóżko piętrowe, ale mamy do dyspozycji kuchnię, wifi i łazienkę z gorącą wodą. Zostawiamy plecaki i idziemy w miasto, które jest wyjątkowo nieciekawe.

Calafate 2 Calafate
Wieczór spędzamy nadrabianiem zaległości internetowych.

Nasz plan na środę to Perito Moreno, jeden z niewielu lodowców na świecie, który cały czas się powiększa. Lodowiec znajduje się 80km za El Calafate, więc maszerujemy trochę za centrum miasta, żeby łapać okazję. Mija nas białe renault i po chwili wraca (!) To rodzinka ze Szwajcarii: Veronique i Nicolas z córką Emmanuelle jadą właśnie zobaczyć lodowiec. Pakujemy się z nimi do auta i w drogę.

PM 1
Tuż przy lodowcu zbudowano 4-kilometrowy szlak z metalowych krat. Chodzi się wygodnie i bezpiecznie. Sezon turystyczny powoli się kończy, jest sporo Argentyńczyków z termosami i mate, ale zagranicznych turystów nie ma zbyt wielu.

PM 2 PM 3
Perito Moreno, lodowiec, który ma 2 miliony lat, znajduje się przy jeziorze Argentino. Ma 5 km szerokości, 30 km długości i powierzchnię: 250 km kwadratowych, czyli jest dokładnie 10 razy większy od Siemianowic!
PM 6 PM 10
Ściany Perito Moreno wystają nad powierzchnię jeziora na wysokość 50 – 55 metrów.

PM 5 PM 9
Trudno to sobie wyobrazić nie mając punktu odniesienia, ale… na poniższym zdjęciu po prawej stronie widać jacht.

PM 4

Bloki lodu co jakiś czas kruszą się i wpadają do jeziora, ale efekty dźwiękowe są nieadekwatne do wizualnych. Nawet niewielkie lodowe kawałki robią masę hałasu.
PM 8 PM 7

Robi wrażenie Perito Moreno.

Po kilku godzinach spotykamy się na parkingu z rodziną Nicolasa i wracamy razem do El Calafate. Gotujemy sobie pyszną obiado-kolację i idziemy spać raczej wcześnie. Jutro chcemy spróbować autostopem dotrzeć do Ushuai, czyli ostatniego punktu naszej podróży.

El Chalten

23. Marca

Budzimy się w El Chalten, miasteczku, które jest młodsze od nas. Założone w 1985 roku jako dodatkowa ochrona granicy z Chile, dziś jest narodową stolicą trekkingu.

El Chalten 12 Dzień zaczynamy od przenosin do innego (czyt. tańszego) hostelu. Tutaj też net nie działa, jak wszędzie w El Chalten. Najbliższe miasto jest prawie 220 km stąd, więc Internet jest tylko satelitarny, a to oznacza, że jest powolny (o facebooku można zapomnieć) i bardzo często nie działa w ogóle.
Po śniadaniu i kawie ruszamy na szlak. Jest przepiękny dzień, słońce, błękitne niebo, można spokojnie maszerować w samym t-shircie. Do tego widoki zapierające dech w piersiach, złota argentyńska jesień.

El  Chanten 2 El  Chanten
Wybieramy najdłuższy szlak: 10 km i 4 h w jedną stronę. Mamy dobrą mapę, a ścieżka jest świetnie oznaczona.
El Chalten 4 El Chalten 5
El Chanten 3
El Chalten 6 El Chalten 7
Naszym celem jest Laguna de los Tres u stóp Mount Fitz Roy. Ostatni kilometr jest najtrudniejszy. Idzie się godzinę, strome podejście.

El Chalten 8 Ale warto tak się męczyć dla takiego widoku:

El Chalten 9

El Chalten 10

Przy lagunie spotykamy Johna, przedsiębiorcę z Atlanty, z którym wracamy do El Chalten. John od kilku miesięcy jeździ po Ameryce Południowej ze swoim 19-letnim synem, więc maszerując wymieniamy się wrażeniami i wskazówkami.
El Chalten 11 El Chanten 4
Po drodze do hostelu wstępujemy na kolację do restauracji, nie mamy siły gotować. A po powrocie do naszego pokoju okazuje się, że w tym samym dormie śpią Brytyjczycy, z którymi jechaliśmy autobusem z Ekwadoru do Peru (!) Świat jest mały 🙂 Idziemy wcześnie spać, bo rano czeka nas kolejny odcinek autostopowych opowieści.